czwartek, 29 stycznia 2015

Cała jestem w skowronkach & małe zmieszanie

Po pierwsze:
Po tygodniu bezsensownego dyndania bez żadnego pożytku mój domek dla ptaszków powoli zamienia się w stołówkę !!!!
W Aldi za 19,- zeta są bardzo ładne i estetyczne karmniczki z drewna. Gdyby nie skala, to już posiadałabym druga sztukę w ramach ogrodowej altany dla moich panien, ale te są takie kobylaste, ze karmnik nie sięga im nawet do biustu.
Niestety posiadając tylko "orzechowy" impregnat do drewna odrobinę go oszpeciłam (nie ma jak kolor surowego jasnego drewienka) ale za to dłużej wytrzyma i pasuje do podbitki dachu :)
No i właśnie dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłam na nim ptaszynkę.
Oficjalnie stałam się dokarmiaczem ptaszków :) :) :)
Po drugie:
Pisałam wam ostatnio o pechu z brakiem samotności w domu. Jak na potwierdzenie. Wczoraj miałam okazję zostać sama w czasie dnia, godzina 14:00 przytaraskał się dziadek. Dziś była możliwość godzinki wieczorową porą, po godzinie 14:00 przytaraskał się dziadek. Ja wiem co mówię. Zawsze.
Po trzecie:
Udało mi się wczoraj zrobić całą sesję "urban africa II". Było ciężko bo problem z tłem, potem problem z koncepcją tła nowego a żeby ukoronować kłopoty rozładowała się bateria w aparacie. Sesja przedłużała się w czasie, naturalne oświetlenie zachodziło za horyzont, wszystkie choinkowe lampki dawno na strychu z bombkami. Mogłabym odpuścić i drugą połowę kreacji wypstrykać w następnym możliwym terminie (kto wie, może i będę musiała coś powtórzyć, bo efektów swojej pracy jeszcze nie widziałam), ale znacie mnie. Jak się czasami na coś uprę.... Może nie że uprę, ale w mojej obecnej sytuacji szkoda byłoby taką okazję zmarnować. A muszę tu podkreślić, że osiem kreacji to jednak wielkie przedsięwzięcie.
Po czwarte:
Pomijając Paul'a (bo niespodzianka!!!! następna sesja nie może się bez niego odbyć) mam już przygotowany komplet czterech zestawów dla dziewczyn z nowej kolekcji. Gotowy, uszyty, nawet przymierzony, żeby nie było niespodzianek przed samą sesją, co, jak wiecie, często ma miejsce :) Mam już wybrany materiał na dwie kreacje z drugiej odsłony nowej kolekcji. Idę do przodu jak burza, ku nawet mojemu zaskoczeniu bo przecież jeszcze tak niedawno miałam twórcza blokadę. I znów się powtórzę i powiem że wiem co mówię, kiedy mówię, ze presja mnie motywuję :)
Po piąte - i już ostatnie dzisiaj:
pod prysznicem, bo wiem co mówię kiedy mówię że wraz z wodą w tym pomieszczeniu spływa na mnie zawsze geniusz twórczy, wpadłam na koncepcję wpisu z prezentacją kolekcji :) Ale pierwszym krokiem jest przejrzenie  i przygotowanie owoców mojej ciężkiej wczorajszej pracy, więc jeszcze dzisiaj to raczej nie nastąpi.

Dzisiaj więc organizacyjnie.
Aniu, pięknie dziękuję za kalendarze. Są bardzo dobrym tłem i gdyby nie moje gapiostwo Bytom lub Chełm już byłby w tej kolekcji.



Co prawda nie mają już miesięcy, ale nie taka lalka mała, jak ją widzimy, ona i zdjęcia są niemal tej samej wysokości. To troszkę za mało na zdjęcie tylko z samym tłem.
Latem będę mogła przyklejać widoki za szybą na zewnątrz i stworzą one niepowtarzalne widoki "zza okna".
Mam i pomysł na plenery we wnętrzu. Barbie mogą siedzieć, ale będę musiała pomyśleć o zamaskowaniu granicy podłogi ze ścianą. Barbie mogą też stać, wystarczy że czymś, czytaj - ręcznie zrobionym murkiem - zakryję dół dając możliwość podniesienia kalendarza parę centymetrów do góry.  I przyznam się że nawet zaczęłam przygotowywanie takiej cegielnej elewacji murka, ale pomysł z małą gąbeczką w rozmiarze  zabawkowych cegiełek nie zdał egzaminu.
Mała gąbeczka to duża szansa na jej zgniecenie czyli deformacje kształtu cegły
Mała gąbeczka to duża szansa na zbytnie rozwodnienie farbek, czyli powódź na kartce.
W najbliżej przyszłości spróbuję z ziemniakiem, jak nie wyjdzie postaram się poszukać czegoś w sklepach z tapetami, w ostateczności pokryję murek gipsem czy inną zaprawą murarską :)

Po sesji czekała mnie jeszcze kąpiel dziewczyn. Miesiąc oczekiwań na zdjęcia w warkoczach na głowie zdążyło sfatygować im włosy. Musiały więc wszystkie trafić do zlewu.
Uwaga: zdjęcia tylko dla dorosłych !!!!

hihihi  ;P




Mam dla Was cos jeszcze.
Przygotowałam wczoraj późnym wieczorem kilka fotek Beti.
A skoro pojawia się Beti, to mamy zapowiedź nowej kolekcji.
I dwóch poprzednich wpisach rzuciłam Wam, delikatnie, małe wyzwanie jej dotyczące. Były podpowiedzi, były sugestie i czekałam na erupcję pomysłów i odpowiedzi cóż to za kolekcja. Miało być podsumowanie, miała być prezentacja i fotki. Ale jest cisza :(
I nie wiem teraz czy poczekać jeszcze chwilę i pociągnąć tą zabawę czy od razu wyłożyć karty na stół, a raczej zdjęcia na ekran.

Jestem zmieszana, na szczęście jeszcze nie wstrząśnięta.

To jak wolicie?

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Coś się tej afryce nie spieszy.

Coraz trudniej jest mi aktualizować tego bloga. Warunki są coraz gorsze, a w zasadzie to ich brak. Tak się to życie u mnie kiepsko toczy :(
Wiem, wiem narzekanie to nasza polska narodowa cecha nr 1, ale u mnie to jest naprawdę. Uwierzcie.
Od sześciu tygodni ojciec jest w domu. I kiedy już wszyscy, łącznie z nim, wiedzieli że to koniec laby i trzeba będzie wrócić do pracy on dostał kolejne L4 na miesiąc. Nie żałuję mu wolnego, niech facet ma, niech odpoczywa, niech się leni, ale kurczę blade - blokuje mnie jak nic.
Za oknami zimowa aura, nawet gdyby chciał na całe dnie wybywać na ogród, to pogoda nie ta. Owszem, uciekając od domowych obowiązków, czy złego humoru małżonki wybywa do gospodarczego, bo to węgla trzeba nanosić, to posprzątać sam domek , auto wypucować, uporządkować narzędzia czy cokolwiek.
Ale to nie jest tak, że znika na godzinkę, dwie, z gwarancją ze do domu nie zajrzy. Był czas że jeździli na zakupy we dwoje. Czekałam wiec z utęsknieniem na takie momenty, jednak okazuje się, ze muszą mieć teraz moje towarzystwo. Bo to z telefonem cos załatwić, to z telewizją, to niezobowiązująco spojrzeć na kafelki do garażu.... Trzech muszkieterów rzecz by można. Jeden za wszystkich wszyscy za jednego.
Był czas, że w dni pracujące małżonki, szacowny małżonek wybywał w odwiedziny do rodziców. Odwiedziny takie mogą się czasem znacznie przedłużać, nawet do ponad dwóch godzin, ale co z tego jak standardowo to niecała godzinka. Niech nawet. Godzinka to o całe sześćdziesiąt minut więcej niż nic. Można i to doceniać. Jest cel na który można czekać z nadzieją, niecierpliwością i utęsknieniem. Tylko ze żyjemy w kraju, w którym jeśli myślisz że gorzej być nie może, to będzie.
I kiedy pełna wiary czekam na te popołudnia (porę odwiedzin) na horyzoncie pojawia się dziadek niwecząc moje plany, zdeptując moje marzenia, niszcząc moją wszelką nadzieję. Bo przecież nie ma już większego sensu odwiedzać tatusia jeśli spędziło się z nim parę chwil temu dwie godziny na kawkowaniu i piwkowaniu u siebie. :(
No katastrofa. 
Jak sobie przypomnę czasy kiedy całe nocki były moje. Mogłam szyć, haftować, wyszywać, fastrygować prawie do samego świtu. A ja głupia narzekałam że niewyspana, że hobby staje się wymuszonym obowiązkiem bo mus korzystać jeśli dom pusty.
Bo zła byłam jak w samotne dnie, genialne do hobbowania, nawiedzał mnie wujek marnując, tak cenne, dwie godzinki na pieprzenie o niczym, a zawsze robił to w moje wolne dni. Bo czasem trzeba było wypaść jeszcze do miasta na zakupy. I z dzisiejszej perspektywy jak się to miało do obecnych czasów.....
Jak mogłam narzekać na takie idealne warunki.... głupia, rozpuszczona, rozpieszczona królewna.

Zgodnie z życzeniem Ani pierwszą prezentowaną sesją ma być "Urban Africa II".
I będzie. Obiecuję.
Tylko nie wiem kiedy.

Teoretycznie kolekcja była gotowa już w zeszłym roku, ale jedna z sukieneczek okazała się za krótka. Były pomysły na przedłużanie koronkami, falbankami, wstawkami i frędzelkami we wszystkich możliwych wydaniach. Ostatecznie postawiłam na coś bardzo prostego i oczywistego , ale przecież najlepsze pomysły są ponoć zawsze najprostsze i rodzą się w wielkich bólach :P
Szczęśliwie złożyło się również, że zaraz po genialnym pomyśle dostałam od kuzynki spodnie do przeszycia i torbę z zakupów w której trzeba było przyszyć urwane ucho. Miałam przykrywkę by na żywca, pod okiem i uchem rodzicielstwa, uszyć co zaplanowałam. Zdecydowanie wyglądało na to że sporo męczę się z tym przeszyciem spodni, ale miałam już gotową wymówkę, że materiał się podkręca i czasem przeszywam trzy warstwy materiału, co skutkuje potrzebą prucia i przeszywania od nowa :)
Udało się uszyć to co sobie zamierzyłam. Czy udało się też uratować kreację? To ocenicie sami, mam nadzieję że wkrótce.
Pierwsze podejście do fotek miało miejsce ponad dwa tygodnie temu. Ale znów podejście stało się tylko podejściem. Kolekcja składała się z siedmiu kreacji + dwóch gratisów na przyszłość które nie pasowały do koncepcji.
Niby siedem to szczęśliwa liczba, ale przy czterech modelkach, trudna do równego podziału. A ja nie lubię celowo eliminować dziewczyn. Każdą darzę wielką sympatią, każda jest mi z jakiegoś powodu bliska, więc jak tu stawiać krzyżyk na jednej z nich. Dodatkowo, rozwiązanie uratowania zbyt krótkiej sukienki, otworzyło mi drzwi do wciągnięcia do kolekcji spodni pumpo-alladynek. Moich pierwszych, dziewiczych, niewykrojowych spodni.
Efekt końcowy jest daleki od tego jak sobie je wymarzyłam, ale pierwsze koty za płoty, poza tym przecież moda i piękno to rzeczy zupełnie subiektywne i to co nie podoba się mnie może być zachwycające dla czytelników.
Spodnie oficjalnie trafiły do kolekcji. Szczęśliwa, że rozwiązałam bezkrwawo problem eliminacji lalek, nie pomyślałam że w tej sytuacji potrzebna mi jeszcze góra w klimacie i na temat.....
Zapewne znacie ten ból - szafa pełna ubrań a tu nie ma co na siebie włożyć. 
U mnie pudło pełne ubranek, ale też nic coby pasowało.


 
P.S. nigdy bym nie przypuszczała, że lalce w tak barbiowo różowych ustach będzie pasowała krwista czerwień.  To, co ma na sobie, to tylko pomarszczony tiul z poprutej ozdoby przy T-shircie, ale będę musiała pomyśleć o jakiejś konkretnej czerwonej kolekcji.
 
I znów kombinacje alpejskie co by tu zrobić żeby dogodzić....
Zachować klimat, nie odstawać od reszty, być w temacie i najlepiej żeby nie trzeba było tego szyć.
Odrobina presji, wspomnienie mojej modowej topmodel - Anji Rubik i pomysł gotowy. Prosty, łatwy, szybki w wykonaniu, zobaczymy czy Wam się spodoba - ja to kupiłam a nawet uszyłam :)
 
Mając ostatecznie ostateczny komplet kreacji przyszedł czas na sesję. Ubrałam w nocy dziewczyny, uczesałam (niestety znów boso - tym razem zabieg niecelowy, za cholerę nie mogę znaleźć butów tak je skutecznie chowałam przed siostrzyczką) i postanowiłam czekać na dobry moment.
Marzyły mi się zdjęcia w słońcu, w końcu to afryka, nawet jeśli w miejskim wydaniu. 
Słońce jest, ale realna szansa na sesję o czasie jego świecenia jest mniej niż marna. Dwa tygodnie podchodziłam. Bezskutecznie. 
Cudnie byłoby wykorzystać naturę. Wiecznie zielone bukszpany, choinkę, nawet suche krzaki kaliny, ze słońcem lub bez. Ale i to jest na chwilę obecną mało realne. W zasadzie nieosiągalne. Industrialny płot na którym mogłyby siedzieć, stać, opierać się, lub nawet zostać przywiązane.....

No las za cholerę nie pasuje mi do tego klimatu i choćby nie wiem co, w tej kolekcji tam nie polezę.

Dziś, mając znów jakieś 25 - 30 minut (odwiedziny bratowej) wymyśliłam kalendarz. Cały czas jak osioł zapieram się przed pomysłem wykorzystania mebli. Wyciągnęłam kalendarz, zawiesiłam i..... niespodzianka. Kalendarz, jak na takowego przystało, posiada na swych kartach dni miesiąca. I choć znajdują się na samym dole strony to pchają się te cyferki na zdjęcia, jak rasowa celebryta. Wiele możliwości obejścia problemu nie było. Albo ucinać girki do kolan na każdym zdjęciu, co też przy okazji rozwiązałoby kwestię hobbickiej mody paradowania boso, albo odciąć w interesującym miesiącu dni. I odcięłam. Jakież było moje zaskoczenie gdy po ich wycięciu moim oczom ukazały się dni miesiąca następnego.
Niby jako taki iloraz inteligencji posiadam, a jednak czasem moja bezmyślność i brak wyobraźni nawet mnie wprawiają w osłupienie.
Zanim pozbyłam się wszystkich miesięcy, otworzyły się drzwi wejściowe i nie byłam już sama....
Na pocieszenie jedna fotka panien oczekujących na swój moment chwały i pół kolekcji "urban africa"

 
P.S.2 Jak już wspominałam w poprzednim wpisie, tak mniej więcej w okolicach walentynek zamarzyła mi się premiera nowej kolekcji, dla której zdecydowanie mam już nazwę i ogólny zarys. Z powodu nowego L4 moje plany zostały wywrócone o 360 stopni, ale udało mi się zaprojektować (przy częściowym wykorzystaniu fatałaszków z pudła) pierwszą, odsłonę. I jako ciekawostkę dodam, że na pierwszym zdjęciu uchyliłam Wam rąbka tajemnicy (taka dość oryginalna zapowiedź nowej kolekcji) :)
Ciekawe czy będziecie na to stawiały :)
 
A już tak zupełnie na marginesie a propos mojej muzy dla tego bloga.
Widziałam cenę ubrań zaprojektowanych przez Anję dla Mohito. Uważam osobiście ze jej linia jest najciekawszą i najoryginalniejszą z dotychczasowych celebrytkowych linii. Do tej pory swoje paluchy, choć podejrzewam że raczej tylko twarz i nazwisko moczyły Sablewska i Żmuda-Trzebiatowska, ale "ich" linie oprócz delikatnego odbiegania swoimi cenami od "zwykłych" ubrań, nie różniły się niczym innym. Kolekcja Anji jest zdecydowanie inna, odstająca od standardów Mohitowych. Odważniejsza, mocniejsza, surowsza, z pazurem. Ale ceny !!!!!!
Rozumiem, że pomiędzy nią a poprzednimi twarzami, podejrzewam że nie tyko w kwestii mody, projektowania czy samego ubioru, jest przepaść, ale żeby prosty T-shirt bez żadnych kombinacji, zdobień czy niecodziennych cięć, jedynie z nadrukowanym cieniutkim okręgiem a w nim inicjały Anji kosztował 9o złotych?
Koszula - genialna zabawa z rękawem - podziwiam i zapewne wykorzystam, ale materiał??? pożal się boże. Czy oni to szyli z resztek po namiotach?? Jakby postawić koszulę na baczność i zawiesić na niej ze trzy sznury piekielnie ciężkich korali to nadal będzie trzymać pion. Cena 36o złotych. Czy świat oszalał??
Ostatnio czytałam że znane koszulki Kupisza - te z nadrukowanym orzełkiem kosztują prawie 2.ooo złotych !!!! Paweł Deląg wypowiadał się na ich temat. Kupił dwie sztuki i po pierwszym praniu cieszy się że ma dwóch małych synków. Znane designerskie koszulki przy pierwszym kontakcie z detergentem i wodą wejdą już tylko na starszego (szkolnego) syna, a przy odrobinie szczęścia po drugim będzie je jeszcze mógł wciągnąć na siebie młodszy. 

czwartek, 15 stycznia 2015

A czemu nie złamać konwenansów....

Mówi się że do trzech razy sztuka.
A dlaczego nie można spróbować i po raz czwarty?
W końcu trzeba przekraczać granice, nie ograniczać siebie sztywnymi ramami, ustalać swoje własne zasady, być kreatywnym.

Tylko czy nie jest już lekką przesadą rozbijać prezentację jednej kolekcji do aż czterech wpisów?
No dobra, umówmy się, że sytuacja z "winter is coming" była wyjątkowa bo pierwszej prezentacji modelki dokonały przy okazji świątecznych życzeń. Można powiedzieć, że to się nie liczy.
Dzisiejszy wpis to również taki swojego rodzaju wyjątek, bo niby zdecydowanie powstał żeby pokazać "winter is coming" ale winter is coming jest tylko mało istotnym dla niego tłem...
Brzmi tajemniczo?
a może masło maślane?
teoretycznie :)

Dokładnie w dniu gdy powstawała druga część sesji z kolekcją WIC na zewnątrz zdecydowanie nadeszła zima. Taka pierwsza podręcznikowa zimowa aura.
Cudownie marketingowo rewelacyjny zbieg okoliczności.
Kawał dobrego darmowego PR-owego zabiegu :)
I choć natura spisała się tu wzorowo, to gapa, sierota czyli ja, coprawda miałam na tyle refleksu żeby pstryknąć dwie reklamowe fotki, ale już pamięci zabrakło, żeby zdjęcia dołączyć.
Błąd poprawiam.
Dziewczyny w kolekcji "winter is coming" pokazują że winter is coming a nawet winter has arrived (zima nadeszła
:D :D :D






Wiem że zdjęcia są kiepskiej jakości. Przepraszam, ale bardzo trudno jest złapać ostrość późnym popołudniem zimową porą, przy opadach śniegu i jeszcze z migającym, dość mocnym sztucznym światłem, tłem.
Miał być tylko dowód na to że dwie nadchodzące zimy się spotkały :)

Przy okazji jako ciekawostkę powiem tylko że choinka jest autorstwa tatusia, ja pół wigilii nawijałam na nią jeden ledowy wąż tylko po to żeby przy uroczystym odpaleniu efektów  mojej pracy dowiedzieć się że wąż podczas nawijania gdzieś się przerwał. Musiałam więc błyskawicznie i już mniej dokładnie rozłożyć zwykłe choinkowe lampki zewnętrzne. Ale i żeby tego było mało choinka poświeciła jedynie wigilię bo już dnia następnego, z powodu zbyt dużej ilości deszczu, zalany mechanizm odmówił współpracy i zgasł.
Na szczęście okazało się że jesteśmy posiadaczami jeszcze jednego ledowego węża i ten od bożego narodzenia błogosławienie nam świeci do dziś :)
Może rzeczywiście lepiej trzymać się tego: do TRZECH razy sztuka :)


P.S. lody pękły, zmarźlina ustąpiła, jest pomysł na kolejną kolekcję :) może nie do końca pomysł na całą kolekcję ale takie z grubsza założenia i kierunek oraz dokładną nazwę.
będzie cos z cyferką.... będzie cos w nawiązaniu do bliższych znaczących wydarzeń.... jakieś pomysły?

środa, 14 stycznia 2015

Klapa, zimno, twórcza blokada

I pięknie.
Tyle razy przepowiadałam to nadejście zimy, tyle razy wieściłam że winter is coming aż w końcu przyszła, aż nawet dwie.
Jedna ze śniegiem, ze śniegiem i deszczem, z ujemno-dodatnimi temperaturami, lodowiskami na drogach. I choć osobiście mogłabym już do końca życia zrezygnować z zimowej aury na rzecz cieplejszego klimatu, to ta zima to pikuś.
Mnie jednak dopadła ta druga zima. Zima mentalna, twórcza, kreatywna. Zamroziło mi chyba głowę. Mój umysł mi zamarzł i nie chce odtajać.
Były litry gorącej herbaty - wrzątek w ustach, para w nosie i nic.
Była puchowa kamizelka w domu. Jezioro pod pachami, niagara na plecach, potoki na tyłku a w głowie arktyka.
Już nawet usiadłam z nogami w gorącej wodzie. I siedzę tak przed komputerem, woda dawno ostygła, włosy na rękach stanęły z zimna, sikać się chce, a głowa dalej skuta lodem.
Czyżbym się wypaliła? Już nie mam nic do powiedzenia?
No sytuacja w której się znalazłam, mówiąc delikatnie, jest nieciekawa.

Zdjęcia czekają. Gotowe, wyselekcjonowane, podpisane....
Może te 45 wpisów na nowy rok które sobie wyznaczyłam za cel minimalny mnie przygniotły - ale kurczę, przecież w pracy była ciąga presja a cele zdecydowanie bardziej wyśrubowane i wcale się nie blokowałam.
Może za mało czasu spędzam pod prysznicem w sprawie lalek - i to jest możliwe. Genialne pomysły zawsze tam przychodzą mi do głowy. Niedawno pół nocy męczyłam się we śnie bo nie potrafiłam ułożyć równania matematycznego, wstałam, udałam się do łazienki i już chwile potem miałam je w głowie.
A teraz zamiast myśleć o plastiku i mini fatałaszkach po głowie chodzi mi książka dla młodzieży....... mi, starej ..... Milce (żeby nie powiedzieć krowie).
Wczoraj zdjęłam nawet jeden karton z materiałami żeby się nastroić. Siedziałam tak przed nim, gapiąc się jak sroka w gnat i co widziałam? Tylko materiał.

Teraz jednak kilka słów o samej sesji.
Druga część do kolekcji Winter is coming była chyba sesją najdłuższą z wykonywanych, ale mierzona w czasie bezwzględnym :)
Po prostu schowałam lalki w najdalszy kąt domu (i to dosłownie najdalszy) a dochodziłam do nich kiedy miałam sposobność. Oczywiście jak ogólnie wiadomo wszystko co przerywane do najzdrowszych nie należy, dlatego zdjęcia są nieco chaotyczne, jest duży problem ze światłem naturalnym, potem z doświetlaniem (miałam tylko jedno dojście do gniazdka i to na pojedynczym przedłużaczu). Metody przerywanej, oficjalnie i z pełną świadomością, nie polecam. 
W związku z brakiem ciągłości pracy Daria nie ma ani jednej samodzielnej fotki. Jak to się stało, nie wiem. O tyle dobrze, że ta diablica na każdej zbiorówce wygląda fantastycznie, nie była więc wiele stratna. Stracić mogła jedynie jej bluzeczka którą ma na sobie ale to przez dół z jakim ją zestawiłam. Pewnie byłoby lepiej z czymś wąskim. I nawet planowałam taki syreni ogonek, ale bez gotowego wykroju czekałoby mnie dużo przeszywania prucia i dopasowywania a nie było na to czasu. Tak jak premierę każdej kolekcji mogę sobie przesuwać w nieskończoność, to na datę Bożego Narodzenia nie mam żadnego wpływu. Stąd Daria prezentuje się w bombce i prawie zawsze zadartej bluzeczce, ale ciiiiii, o tym nic nie mówiłam :X.
Zresztą Daria w tej całej kolekcji ma pecha bo i jej pierwszy dół doszywany był w 10 minut, w dniu sesji. I o ile na zdjęciu nie wyszło jeszcze tak najgorzej to w rzeczywistości wyglądało to zgrzebnie, tanio i tandetnie. Na szczęcie mała doszyweczka i kilka cekinów po fakcie sytuację odrobine uratowało.
Turkusowe tuniki pierwotnie miały być awaryjnymi bluzeczkami, gdyby błękitne sweterki nie dały rady. Założenie dość słuszne bo podczas ubierania lalek na zdjęcia okazało się że są przydługawe i w żaden sposób nie pasowały do tiulowych mocno marszczonych spódnic. Panny B wyglądały jak w worach na ziemniaki. Szczęśliwie wystarczyło tylko odpruć dolny sciągacz, przyfastrygować ręcznie i z manualnym napędem (tak żeby maszyna nie robiła hałasu) doszyć go wyżej i ciaśniej :)
Zatem nie tylko sweterki mogły pojawić się na sesji, ale również pojawiła się szansa dla bluzek/tunik/sukieneczek, bo na wszelki wpadek tworząc je dodałam kilka centymetrów na dole.
Cóż, chyba z pełnym przekonaniem można powiedzieć że spora część kolekcji jest absolutnym dziełem przypadku.
Nawet niebieska koronkowa bluzeczka Ani, która stałą się moją niekwestionowaną perełeczką tej kolekcji.
Od dawna podchodziłam do tej koronki. Zależało mi na stworzeniu czegoś z głębokim dekoltem, czegoś wyjątkowo delikatnego, subtelnego, z klasą. Nieregularna koronka była do tego idealna. Było tylko jedno ale - kawałki były zbyt krótkie na bluzeczkę.
Pół roku przekładałam fragmenty materiału bezskutecznie żeby w końcu, choć nie mam pojęcia jak na to wpadłam, doszyć do tego body'owe majteczki - zakładam że genialna myśl przyszła do mnie pod prysznicem :)
Wycięłam więc gacionki ze sporym zapasem w górę i okazało się że mogą być całkiem niezłą bazą do koronkowej góry.
Mało tego ze góra prezentuje się całkiem nieźle, body jest genialnym uzupełnieniem dopasowanych balerinkowych spódnic.
To przypadkowe rozwiązanie tak mi się spodobało, że na pewno zobaczycie je jeszcze sporo razy :)

Zatem nie przedłużając....

Kolekcja: Winter is comming
Modelki: Ania, Anja, Daria, Summer






















P.S. czy czytelniczki zauważyły zmianę w wyglądzie kanapy?
Jest po liftingu, dodałam jej nieco objętości na siedzisku pod pufami przez co zyskała lepszą formę. Przedni dół stał się masywniejszy a dzięki temu zabiegowi oparcie optycznie się zmniejszyło

wtorek, 6 stycznia 2015

Zimowa wigilia po raz drugi

I to z jakim wyczuciem czasu - dzisiaj do wigilijnego stołu zasiadają prawosławni, a moje panienki po raz drugi w Wigilijnych ubrankach.
Nawet tego nie planowałam :)
Kobieca intuicja.
Dodatkowo za oknem temperatura -8 stopni Celsjusza, na polbruku i działce resztki wczorajszego śniegu - najlepsza pora żeby powiedzieć: "Winer is comming".

I nadeszła. Dziś jednak tylko część pierwsza - ta już nieco znana i przedstawiana więc zaskoczenia być nie powinno.


Kolekcja: Winter is comming
Modelki: Ania, Anja, Beti, Daria, Summer

 








 

Krzesełka.....

...choć w tytule miało złowieszczo rozbrzmieć "Winter is comming "
I bynajmniej nie dlatego że za oknem znów wróciło minus przed wartością wskazywanej temperatury.
I bynajmniej nie dlatego że w tym roku fantazyjnie przez pierwsze pół zimy władze miast nie kwapiły się do wylewania lodowisk w miejscach do tego stosownych, żeby obudzić się w dniu dzisiejszym, i z przytupem, pewnie jako rekompensata utraconej części lodowego sezonu, oraz niebywale ułańską fantazją zafundować nam lód na niemal wszystkich drogach.
Bo, ponieważ jak co roku, zima absolutnie nie zaskakuje drogowców :)

Winter miał przyjść w postaci ofotografowanych bożonarodzeniowych kreacji. Ale nie dam rady....
Jest 2:00 a ja w głęboki i czarnym lesie.
Znów czekałam na ciszę nocną żeby wyjąć mój lalkowy arsenał, a i scenografię przecież musiałam powtórzyć z wigilijnej sesji.
Jakoś się tak również przy okazji stało że wczoraj zarwałam noc do 5:00 nadrabiając pięć odcinków "Walking death".
Przedwczoraj walczyłam z "Dwoma wieżami" a trzy dni wcześniej nocka się zarwała z powodu krzeseł.
Dziś, chyba już jako SOS wysyłany z mojego centralnego ośrodka nerwowego, właśnie dopadła mnie masakryczna migrena, czy tam zwykły ból głowy, nie znam się na tym, dlatego nie czuję się na siłach dokończyć selekcji publikowanych zdjęć.
Ale żeby nie zostawiać Was ta z niczym

TADA!!!!!

Żeby nie przedłużać powiem krótko - no dupy nie urywa.
Każde krzesełko wyjątkowo indywidulane czyli nie ma dwóch podobnych.
Kiepskie założenia konstrukcyjne to błąd podstawowy.
Kiepsko też obmyśliłam wykrój obicia, dodatkowo jak mało roztropna osoba zamiast dokończyć pierwsze podejście, sprawdzić, przejrzeć, przetestować, wyciągnąć wnioski i ulepszać z każdym kolejnym, zaczęłam tak samo wszystkie trzy sztuki. No przyznacie że niewiele możliwości pozostawiłam sobie do samoulepszania :P
Ale, tak jak z kanapami , pierwsze koty za płoty. Pierwowzór, pewnie do pojawienia się zadawalającej i satysfakcjonującej kolejnej wersji, pozostanie z nami czas jakiś. I niech Was nie zwiedzie to zdjęcie - w rzeczywistości jest dużo gorzej :)

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Champagne

Kochane Moje,
zaryzykowałam zawężając powitanie do rodzaju tylko żeńskiego, ale coś mi mówi że i tak obejmie to Wszystkich czytelniczek/czytelników tego bloga ;)

Witam Was wszystkich po raz pierwszy w tym roku.
Dziękuję Wam bardzo za życzenia i mam nadzieję, że będziemy się tu spotykać przynajmniej 44 razy w ciągu następnych dwunastu miesięcy, bawiąc się i zaskakując jeszcze bardziej niż w roku ubiegłym, choć pewnie trudno będzie mi siebie samą jeszcze przebić :P
Żartuję, żartuję.

Skoro jeszcze słychać echa huków szampanowych korków postanowiłam wrzucić sesję Panien w koktajlowej mini-kolekcji sylwestrowych Szampanówek.
Oczywiście wolałabym napisać iż pod wpływem Waszych gorących próśb zalewających moją skrzynkę mailową i komentarzy aby umieścić sesję koktajlówek bo jesteście w nich zakochane wrzucam kilka fotek, ale cóż....

:P :P :P
znów żartowałam - ten dobry nastrój to chyba wpływ pewnego drobnego niziołka imieniem Bilbo.

Wiem że sukieneczki widziane były na żywo z bliska z możliwością osobistego dotykania zatem straciły nieco na atrakcyjności, ale mają jedną wielką przewagę nad Bożonarodzeniową kolekcją - jest ich tylko trzy sztuki.

Więc zapraszam
Kolekcja: Champagne - Szampanowe koktajlówki
Modelki: Ania, Anja, Summer
   













 







 
 
Oczywiście o Summer nie ma co mówić. Praca z nią to wielka przyjemność.  W zasadzie tutaj nie ma żadnych złych zdjęć. DO kosza trafiają tylko podobne ujęcia.
Ania i tą sesję może zaliczyć do udanych. Jednym utrudnieniem jest tylko rozpoczęty proces rozluźnienia który dotknął ją na dobre. Z powodu pracy pod presją czasu możliwe było wykonanie tylko kilku fotek ale Ania spisała się wzorowo.
Anja dostała sukienkę pod kolor swoich oczu ale sukienka ze względu na swój dekolt nie była łatwym ubrankiem do sfotografowania. Trochę bałam się tego połączenia trudnej urody modelki z trudnym ubraniem. Na wszelki wypadek zrobiłam kilka fotek więcej ale myślę, ze w tym przypadku było to zbyteczne. Anja to udźwignęła.
 
No i przyszło mi na myśl coś jeszcze....
Koleżanki na widok sukienek rzuciły pomysł, że taką sukieneczkę możnaby spokojnie przeskalować dla małej dziewczynki. W końcu kto, jak nie one, chcą być średnio raz w tygodniu królewną. Ale czemu ograniczać się do małych dziewczynek - jest teraz tak modne przebieranie się na imprezach i domówkach. Mamy hallowen, sylwester, cały karnawał czy tematyczny spływ kajakowy.
Przecież wystarczy do starej bawełnianej sukieneczki czy dłuższego podkoszulka doszyć kilka rombów z szyfonu, bawełny i tiuli.
I sukienka gotowa jak ta lala