Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urban africa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urban africa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 stycznia 2015

Urban africa II

Każdej wielkiej premierze nowej kolekcji projektantów i już nie tylko na poziomie światowym, ale i tu lokalnie, towarzyszy wielka feta, ścianki, fotoreporterzy, prezenty i telewizyjne relacje i dziesiątki wywiadów. Nic dziwnego, mnogość telewizyjnych kanałów wymusza lub przynajmniej pozwala na powstawianie kolejnych "lifestylowych" programów pokazujących gdzie bywać, co zamawiać, jak jeść co jest modne, "trendy", na czasie i również w co się ubierać. Zatem mamy kolejne stolice polskiej mody, już nawet miasta polskiej mody no i przede wszystkim wywiady wywiady i wywiady z projektantami.
A ja :(
Grubo ponad dychę kolekcji za sobą i nikt ani razy na rozmowę nie zaprosił.
I w głowę zachodzę dlaczego tak się dzieje.... ale się dzieje. Telefon milczy.
No to postanowiłam sama, bez pytania pochwalić się i przedstawić Wam Moją nową kolekcję Urban Africa II

Dlaczego afryka?
Gdybym miała być całkowicie i stuprocentowo szczera, powinnam powiedzieć że z powodu wzoru na materiale. Nadruk jest typowo afrykański. Wielkiej w tym filozofii nie ma.
Dlaczego miejska?
Szczerze, dlatego że nie wiedząc tak naprawdę dlaczego i nie wiedząc tak naprawdę czy tak będzie zawsze, na chwilę obecną moje skromne  propozycje są bardziej modą, czy powiedzieć lepiej "konfekcją", użytkową. Bliżej mi do sieciówek szytych w Tajlandii niż haute couture z renomowanych domów mody. Przyznam że czasem moje myśli idą w kierunku bardziej twórczego i wybiegowego, ale nie na tyle daleko, żeby w głowie tworzył się jakiś konkretny pomysł.
Dlaczego taki pomysł na sesję?
Kalendarz nie wypalił, a że z towarzystwem na karku, musiałam zorganizować coś najmniej inwazyjnego w ład i porządek w mieszkanku.

Jednak same przyznajcie że nie brzmi to profesjonalnie i godnie kreatora mody, szczególnie posiadającego tyle kolekcji na koncie. A że każdy wie, iż w dzisiejszych czasach szczerość nie popłaca, ..... ( ciiiiiiiii   zacznę Wam nawijać makaron na uszy :P)

Bo ta cała niby szczerość to była tylko taka czysta PR-owska zagrywka, zaplanowana na burzę i skandal w świecie lokalnej mody. Tak żeby branża zaczęła o mnie mówić, bo nie ma lepszej reklamy niż wywołanie skandalu.

Więc w zasadzie po raz pierwszy udzielę odpowiedzi na zadane wcześniej pytania.
Dlaczego urban africa?
Bo to taki odwieczny konflikt każdego niemalże człowieka. Z jednej strony natura, czystość, korzenie, rządza, dzikość, wolność. Z drugiej normy, kody, umowne wzorce, wycofanie, sztywność, sztuczność, wszechogarniające ograniczenia. I walczymy tak wewnętrznie, walczymy rozerwani pomiędzy skrajnościami, kontrastami. A przecież najpiękniejsze z pięknych kontrastów to biel i czerń, takie oczywiste, czyste, jasne, wymowne, czytelne. Symbolizujące dobro i  zło,  ich odwieczną walkę o dominację na świecie. Stąd kolekcja utrzymana jest tylko w tych dwóch kolorach, aby niemal podkreślała tą walkę, to rozerwanie, dwoistość ludzkiej natury, zawieszonej w swojej czasoprzestrzeni. Kolekcja jest czysta nie tylko pod względem kolorów, które by niepotrzebnie rozpraszały, ale również wolna od niepotrzebnych i zaburzających często obraz dodatków. Biel i czerń, yin i yang, niebo i piekło, życie i śmierć, wolność i ograniczenia, modelka i ubranie. Nic więcej.
Konstrukcja ubrań musiała być również w kontraście do wzorzystego materiału. Życie, natura, dzikość, wolność przeciwko liniom, zasadom, wzorcom.  
Również pomysł na sesję musiał podkreślać założenia kolekcji. Do dzikiej nieskrępowanej i nieokiełznanej tkaniny dysharmonię stworzy tylko prostota, geometria, jasność, linie, minimalizm. Stąd to miejsce, stąd ta oszczędność w scenografii. Same modelki również pokazują swoja dwoistość, wewnętrzne rozdarcie pomiędzy delikatnością, pięknem, subtelnością, perfekcyjnością, czyli tym czego się od nich wymaga na co dzień, każdego dnia a pożądaniem wolności, samostanowienia, niezależnością, suwerennością, niekontrolowanym szaleństwem. I stąd ta damsko-damska sugestia.

Zapraszam:
Kolekcja: Urban Africa II - pierwsza odsłona
Modelki: Ania, Anja, Daria, Summer













 




















czwartek, 29 stycznia 2015

Cała jestem w skowronkach & małe zmieszanie

Po pierwsze:
Po tygodniu bezsensownego dyndania bez żadnego pożytku mój domek dla ptaszków powoli zamienia się w stołówkę !!!!
W Aldi za 19,- zeta są bardzo ładne i estetyczne karmniczki z drewna. Gdyby nie skala, to już posiadałabym druga sztukę w ramach ogrodowej altany dla moich panien, ale te są takie kobylaste, ze karmnik nie sięga im nawet do biustu.
Niestety posiadając tylko "orzechowy" impregnat do drewna odrobinę go oszpeciłam (nie ma jak kolor surowego jasnego drewienka) ale za to dłużej wytrzyma i pasuje do podbitki dachu :)
No i właśnie dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłam na nim ptaszynkę.
Oficjalnie stałam się dokarmiaczem ptaszków :) :) :)
Po drugie:
Pisałam wam ostatnio o pechu z brakiem samotności w domu. Jak na potwierdzenie. Wczoraj miałam okazję zostać sama w czasie dnia, godzina 14:00 przytaraskał się dziadek. Dziś była możliwość godzinki wieczorową porą, po godzinie 14:00 przytaraskał się dziadek. Ja wiem co mówię. Zawsze.
Po trzecie:
Udało mi się wczoraj zrobić całą sesję "urban africa II". Było ciężko bo problem z tłem, potem problem z koncepcją tła nowego a żeby ukoronować kłopoty rozładowała się bateria w aparacie. Sesja przedłużała się w czasie, naturalne oświetlenie zachodziło za horyzont, wszystkie choinkowe lampki dawno na strychu z bombkami. Mogłabym odpuścić i drugą połowę kreacji wypstrykać w następnym możliwym terminie (kto wie, może i będę musiała coś powtórzyć, bo efektów swojej pracy jeszcze nie widziałam), ale znacie mnie. Jak się czasami na coś uprę.... Może nie że uprę, ale w mojej obecnej sytuacji szkoda byłoby taką okazję zmarnować. A muszę tu podkreślić, że osiem kreacji to jednak wielkie przedsięwzięcie.
Po czwarte:
Pomijając Paul'a (bo niespodzianka!!!! następna sesja nie może się bez niego odbyć) mam już przygotowany komplet czterech zestawów dla dziewczyn z nowej kolekcji. Gotowy, uszyty, nawet przymierzony, żeby nie było niespodzianek przed samą sesją, co, jak wiecie, często ma miejsce :) Mam już wybrany materiał na dwie kreacje z drugiej odsłony nowej kolekcji. Idę do przodu jak burza, ku nawet mojemu zaskoczeniu bo przecież jeszcze tak niedawno miałam twórcza blokadę. I znów się powtórzę i powiem że wiem co mówię, kiedy mówię, ze presja mnie motywuję :)
Po piąte - i już ostatnie dzisiaj:
pod prysznicem, bo wiem co mówię kiedy mówię że wraz z wodą w tym pomieszczeniu spływa na mnie zawsze geniusz twórczy, wpadłam na koncepcję wpisu z prezentacją kolekcji :) Ale pierwszym krokiem jest przejrzenie  i przygotowanie owoców mojej ciężkiej wczorajszej pracy, więc jeszcze dzisiaj to raczej nie nastąpi.

Dzisiaj więc organizacyjnie.
Aniu, pięknie dziękuję za kalendarze. Są bardzo dobrym tłem i gdyby nie moje gapiostwo Bytom lub Chełm już byłby w tej kolekcji.



Co prawda nie mają już miesięcy, ale nie taka lalka mała, jak ją widzimy, ona i zdjęcia są niemal tej samej wysokości. To troszkę za mało na zdjęcie tylko z samym tłem.
Latem będę mogła przyklejać widoki za szybą na zewnątrz i stworzą one niepowtarzalne widoki "zza okna".
Mam i pomysł na plenery we wnętrzu. Barbie mogą siedzieć, ale będę musiała pomyśleć o zamaskowaniu granicy podłogi ze ścianą. Barbie mogą też stać, wystarczy że czymś, czytaj - ręcznie zrobionym murkiem - zakryję dół dając możliwość podniesienia kalendarza parę centymetrów do góry.  I przyznam się że nawet zaczęłam przygotowywanie takiej cegielnej elewacji murka, ale pomysł z małą gąbeczką w rozmiarze  zabawkowych cegiełek nie zdał egzaminu.
Mała gąbeczka to duża szansa na jej zgniecenie czyli deformacje kształtu cegły
Mała gąbeczka to duża szansa na zbytnie rozwodnienie farbek, czyli powódź na kartce.
W najbliżej przyszłości spróbuję z ziemniakiem, jak nie wyjdzie postaram się poszukać czegoś w sklepach z tapetami, w ostateczności pokryję murek gipsem czy inną zaprawą murarską :)

Po sesji czekała mnie jeszcze kąpiel dziewczyn. Miesiąc oczekiwań na zdjęcia w warkoczach na głowie zdążyło sfatygować im włosy. Musiały więc wszystkie trafić do zlewu.
Uwaga: zdjęcia tylko dla dorosłych !!!!

hihihi  ;P




Mam dla Was cos jeszcze.
Przygotowałam wczoraj późnym wieczorem kilka fotek Beti.
A skoro pojawia się Beti, to mamy zapowiedź nowej kolekcji.
I dwóch poprzednich wpisach rzuciłam Wam, delikatnie, małe wyzwanie jej dotyczące. Były podpowiedzi, były sugestie i czekałam na erupcję pomysłów i odpowiedzi cóż to za kolekcja. Miało być podsumowanie, miała być prezentacja i fotki. Ale jest cisza :(
I nie wiem teraz czy poczekać jeszcze chwilę i pociągnąć tą zabawę czy od razu wyłożyć karty na stół, a raczej zdjęcia na ekran.

Jestem zmieszana, na szczęście jeszcze nie wstrząśnięta.

To jak wolicie?

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Coś się tej afryce nie spieszy.

Coraz trudniej jest mi aktualizować tego bloga. Warunki są coraz gorsze, a w zasadzie to ich brak. Tak się to życie u mnie kiepsko toczy :(
Wiem, wiem narzekanie to nasza polska narodowa cecha nr 1, ale u mnie to jest naprawdę. Uwierzcie.
Od sześciu tygodni ojciec jest w domu. I kiedy już wszyscy, łącznie z nim, wiedzieli że to koniec laby i trzeba będzie wrócić do pracy on dostał kolejne L4 na miesiąc. Nie żałuję mu wolnego, niech facet ma, niech odpoczywa, niech się leni, ale kurczę blade - blokuje mnie jak nic.
Za oknami zimowa aura, nawet gdyby chciał na całe dnie wybywać na ogród, to pogoda nie ta. Owszem, uciekając od domowych obowiązków, czy złego humoru małżonki wybywa do gospodarczego, bo to węgla trzeba nanosić, to posprzątać sam domek , auto wypucować, uporządkować narzędzia czy cokolwiek.
Ale to nie jest tak, że znika na godzinkę, dwie, z gwarancją ze do domu nie zajrzy. Był czas że jeździli na zakupy we dwoje. Czekałam wiec z utęsknieniem na takie momenty, jednak okazuje się, ze muszą mieć teraz moje towarzystwo. Bo to z telefonem cos załatwić, to z telewizją, to niezobowiązująco spojrzeć na kafelki do garażu.... Trzech muszkieterów rzecz by można. Jeden za wszystkich wszyscy za jednego.
Był czas, że w dni pracujące małżonki, szacowny małżonek wybywał w odwiedziny do rodziców. Odwiedziny takie mogą się czasem znacznie przedłużać, nawet do ponad dwóch godzin, ale co z tego jak standardowo to niecała godzinka. Niech nawet. Godzinka to o całe sześćdziesiąt minut więcej niż nic. Można i to doceniać. Jest cel na który można czekać z nadzieją, niecierpliwością i utęsknieniem. Tylko ze żyjemy w kraju, w którym jeśli myślisz że gorzej być nie może, to będzie.
I kiedy pełna wiary czekam na te popołudnia (porę odwiedzin) na horyzoncie pojawia się dziadek niwecząc moje plany, zdeptując moje marzenia, niszcząc moją wszelką nadzieję. Bo przecież nie ma już większego sensu odwiedzać tatusia jeśli spędziło się z nim parę chwil temu dwie godziny na kawkowaniu i piwkowaniu u siebie. :(
No katastrofa. 
Jak sobie przypomnę czasy kiedy całe nocki były moje. Mogłam szyć, haftować, wyszywać, fastrygować prawie do samego świtu. A ja głupia narzekałam że niewyspana, że hobby staje się wymuszonym obowiązkiem bo mus korzystać jeśli dom pusty.
Bo zła byłam jak w samotne dnie, genialne do hobbowania, nawiedzał mnie wujek marnując, tak cenne, dwie godzinki na pieprzenie o niczym, a zawsze robił to w moje wolne dni. Bo czasem trzeba było wypaść jeszcze do miasta na zakupy. I z dzisiejszej perspektywy jak się to miało do obecnych czasów.....
Jak mogłam narzekać na takie idealne warunki.... głupia, rozpuszczona, rozpieszczona królewna.

Zgodnie z życzeniem Ani pierwszą prezentowaną sesją ma być "Urban Africa II".
I będzie. Obiecuję.
Tylko nie wiem kiedy.

Teoretycznie kolekcja była gotowa już w zeszłym roku, ale jedna z sukieneczek okazała się za krótka. Były pomysły na przedłużanie koronkami, falbankami, wstawkami i frędzelkami we wszystkich możliwych wydaniach. Ostatecznie postawiłam na coś bardzo prostego i oczywistego , ale przecież najlepsze pomysły są ponoć zawsze najprostsze i rodzą się w wielkich bólach :P
Szczęśliwie złożyło się również, że zaraz po genialnym pomyśle dostałam od kuzynki spodnie do przeszycia i torbę z zakupów w której trzeba było przyszyć urwane ucho. Miałam przykrywkę by na żywca, pod okiem i uchem rodzicielstwa, uszyć co zaplanowałam. Zdecydowanie wyglądało na to że sporo męczę się z tym przeszyciem spodni, ale miałam już gotową wymówkę, że materiał się podkręca i czasem przeszywam trzy warstwy materiału, co skutkuje potrzebą prucia i przeszywania od nowa :)
Udało się uszyć to co sobie zamierzyłam. Czy udało się też uratować kreację? To ocenicie sami, mam nadzieję że wkrótce.
Pierwsze podejście do fotek miało miejsce ponad dwa tygodnie temu. Ale znów podejście stało się tylko podejściem. Kolekcja składała się z siedmiu kreacji + dwóch gratisów na przyszłość które nie pasowały do koncepcji.
Niby siedem to szczęśliwa liczba, ale przy czterech modelkach, trudna do równego podziału. A ja nie lubię celowo eliminować dziewczyn. Każdą darzę wielką sympatią, każda jest mi z jakiegoś powodu bliska, więc jak tu stawiać krzyżyk na jednej z nich. Dodatkowo, rozwiązanie uratowania zbyt krótkiej sukienki, otworzyło mi drzwi do wciągnięcia do kolekcji spodni pumpo-alladynek. Moich pierwszych, dziewiczych, niewykrojowych spodni.
Efekt końcowy jest daleki od tego jak sobie je wymarzyłam, ale pierwsze koty za płoty, poza tym przecież moda i piękno to rzeczy zupełnie subiektywne i to co nie podoba się mnie może być zachwycające dla czytelników.
Spodnie oficjalnie trafiły do kolekcji. Szczęśliwa, że rozwiązałam bezkrwawo problem eliminacji lalek, nie pomyślałam że w tej sytuacji potrzebna mi jeszcze góra w klimacie i na temat.....
Zapewne znacie ten ból - szafa pełna ubrań a tu nie ma co na siebie włożyć. 
U mnie pudło pełne ubranek, ale też nic coby pasowało.


 
P.S. nigdy bym nie przypuszczała, że lalce w tak barbiowo różowych ustach będzie pasowała krwista czerwień.  To, co ma na sobie, to tylko pomarszczony tiul z poprutej ozdoby przy T-shircie, ale będę musiała pomyśleć o jakiejś konkretnej czerwonej kolekcji.
 
I znów kombinacje alpejskie co by tu zrobić żeby dogodzić....
Zachować klimat, nie odstawać od reszty, być w temacie i najlepiej żeby nie trzeba było tego szyć.
Odrobina presji, wspomnienie mojej modowej topmodel - Anji Rubik i pomysł gotowy. Prosty, łatwy, szybki w wykonaniu, zobaczymy czy Wam się spodoba - ja to kupiłam a nawet uszyłam :)
 
Mając ostatecznie ostateczny komplet kreacji przyszedł czas na sesję. Ubrałam w nocy dziewczyny, uczesałam (niestety znów boso - tym razem zabieg niecelowy, za cholerę nie mogę znaleźć butów tak je skutecznie chowałam przed siostrzyczką) i postanowiłam czekać na dobry moment.
Marzyły mi się zdjęcia w słońcu, w końcu to afryka, nawet jeśli w miejskim wydaniu. 
Słońce jest, ale realna szansa na sesję o czasie jego świecenia jest mniej niż marna. Dwa tygodnie podchodziłam. Bezskutecznie. 
Cudnie byłoby wykorzystać naturę. Wiecznie zielone bukszpany, choinkę, nawet suche krzaki kaliny, ze słońcem lub bez. Ale i to jest na chwilę obecną mało realne. W zasadzie nieosiągalne. Industrialny płot na którym mogłyby siedzieć, stać, opierać się, lub nawet zostać przywiązane.....

No las za cholerę nie pasuje mi do tego klimatu i choćby nie wiem co, w tej kolekcji tam nie polezę.

Dziś, mając znów jakieś 25 - 30 minut (odwiedziny bratowej) wymyśliłam kalendarz. Cały czas jak osioł zapieram się przed pomysłem wykorzystania mebli. Wyciągnęłam kalendarz, zawiesiłam i..... niespodzianka. Kalendarz, jak na takowego przystało, posiada na swych kartach dni miesiąca. I choć znajdują się na samym dole strony to pchają się te cyferki na zdjęcia, jak rasowa celebryta. Wiele możliwości obejścia problemu nie było. Albo ucinać girki do kolan na każdym zdjęciu, co też przy okazji rozwiązałoby kwestię hobbickiej mody paradowania boso, albo odciąć w interesującym miesiącu dni. I odcięłam. Jakież było moje zaskoczenie gdy po ich wycięciu moim oczom ukazały się dni miesiąca następnego.
Niby jako taki iloraz inteligencji posiadam, a jednak czasem moja bezmyślność i brak wyobraźni nawet mnie wprawiają w osłupienie.
Zanim pozbyłam się wszystkich miesięcy, otworzyły się drzwi wejściowe i nie byłam już sama....
Na pocieszenie jedna fotka panien oczekujących na swój moment chwały i pół kolekcji "urban africa"

 
P.S.2 Jak już wspominałam w poprzednim wpisie, tak mniej więcej w okolicach walentynek zamarzyła mi się premiera nowej kolekcji, dla której zdecydowanie mam już nazwę i ogólny zarys. Z powodu nowego L4 moje plany zostały wywrócone o 360 stopni, ale udało mi się zaprojektować (przy częściowym wykorzystaniu fatałaszków z pudła) pierwszą, odsłonę. I jako ciekawostkę dodam, że na pierwszym zdjęciu uchyliłam Wam rąbka tajemnicy (taka dość oryginalna zapowiedź nowej kolekcji) :)
Ciekawe czy będziecie na to stawiały :)
 
A już tak zupełnie na marginesie a propos mojej muzy dla tego bloga.
Widziałam cenę ubrań zaprojektowanych przez Anję dla Mohito. Uważam osobiście ze jej linia jest najciekawszą i najoryginalniejszą z dotychczasowych celebrytkowych linii. Do tej pory swoje paluchy, choć podejrzewam że raczej tylko twarz i nazwisko moczyły Sablewska i Żmuda-Trzebiatowska, ale "ich" linie oprócz delikatnego odbiegania swoimi cenami od "zwykłych" ubrań, nie różniły się niczym innym. Kolekcja Anji jest zdecydowanie inna, odstająca od standardów Mohitowych. Odważniejsza, mocniejsza, surowsza, z pazurem. Ale ceny !!!!!!
Rozumiem, że pomiędzy nią a poprzednimi twarzami, podejrzewam że nie tyko w kwestii mody, projektowania czy samego ubioru, jest przepaść, ale żeby prosty T-shirt bez żadnych kombinacji, zdobień czy niecodziennych cięć, jedynie z nadrukowanym cieniutkim okręgiem a w nim inicjały Anji kosztował 9o złotych?
Koszula - genialna zabawa z rękawem - podziwiam i zapewne wykorzystam, ale materiał??? pożal się boże. Czy oni to szyli z resztek po namiotach?? Jakby postawić koszulę na baczność i zawiesić na niej ze trzy sznury piekielnie ciężkich korali to nadal będzie trzymać pion. Cena 36o złotych. Czy świat oszalał??
Ostatnio czytałam że znane koszulki Kupisza - te z nadrukowanym orzełkiem kosztują prawie 2.ooo złotych !!!! Paweł Deląg wypowiadał się na ich temat. Kupił dwie sztuki i po pierwszym praniu cieszy się że ma dwóch małych synków. Znane designerskie koszulki przy pierwszym kontakcie z detergentem i wodą wejdą już tylko na starszego (szkolnego) syna, a przy odrobinie szczęścia po drugim będzie je jeszcze mógł wciągnąć na siebie młodszy. 

poniedziałek, 6 października 2014

I znów trochę egzotyki...

Żeby nie było tak pusto, żeby Beti choć na moment pojawiała się jeszcze na tym blogu - tak, tak jestem sentymentalna, to moja pierwsza B i proszę również pamiętać że lala jako manekin do przymiarek ma ze mną kontakt najczęstszy - uprzejmie donoszę, ze obecnie pracuję nad kontynuacją kolekcji Urban Africa, a obiecałam sobie że zapowiedzi będą właśnie należały do Beti skoro z powodu swojej sztywności na sesjach kolekcyjnych się raczej nie pojawi.


Tym razem stawiam na zupełnie inny materiał (10 zeta za metr to jak darmo) i nieco inne, bardziej eleganckie stylizacje :) ale starczy tej paplaniny....
Beti czyń swą powinność:











Również nie może zabraknąć tu zapowiadanej wczoraj fotki z moim nowym tajnym projektem, a nawet dwoma, tylko że ten drugi czeka na części i nie może zostać ukończony w najbliższej przyszłości



piątek, 30 maja 2014

Urban Africa czyli Miejska Afryka

Dziś niewiele pisania - w końcu coś do czego ten blog został tworzony ;)

Zapraszam na mini kolekcje, która powstała z myślą o młodej, aktywnej Barbie, nieugiętej, nieco szalonej i dzikiej miejskiej wojowniczki żyjącej na codzień w otoczeniu szklanych drapaczy chmur, wiecznych korków na miejskich ulicach i facetów, którym wydaje się, że należy im się wiecej tylko i wyłącznie z racji budowy anatomicznej w rejonie lędzwi. Barbie, która pomimo tego całego industrializmu wokół niej, pamięta o korzeniach i matce naturze.
Enjoy :)

Wersja cold africa





















 
Wersja hot africa