Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elsa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elsa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 lutego 2016

Nieznana siostra królewny Elsy

Bo po co tu jestem jeśli nie po to by spełniać i swoje i Wasze życzenia :)

Przy okazji, ciągle pamiętam o wyzwaniu stylizacji lalek na bajkowe postacie. Pomysł dojrzewa, ale obiecuję że w końcu dojrzeje.

Wracając jednak do teraźniejszości.
Niedawno pewna osóbka zażyczyła sobie księżniczkowej sesji Joy. Ucieszyło mnie to tym bardziej, że dwa dni przed wypowiedzeniem skromnego życzenia, sesja była już gotowa :D
I nie z sukienką z second hand'u, choć zgadzam się, że nie byłoby wielkim faux pas, gdyby JJ ubrała na sesję którąś z prezentowanych już wcześniej kopciuszkowych balówek.

W trakcie tworzenia bożonarodzeniowej kolekcji oprócz zielonych szyfonowych kółek znalazłam także gotowe czerwone płatki ze sztywnej organzy. Wiedziałam, że będę miała spory kłopot z dopasowaniem do tego góry, bo choć czerwień jest jednym z moich ulubionych kolorów, jakoś trudno znaleźć go w materiałach dla lalek. I pewnie żyłabym w tym przeświadczeniu jeszcze czas jakiś, jednak szczęśliwie, w moje łapy wpadł nieruszany od lat porządny kawał bordowej sukienkowej koronki, zakupiony z myślą o mojej kreacji na wesele. No jak znalazł góra do mojej organzy, szczególnie że koronka się przecież nie siepie. Wystarczy ją tylko zszyć, nawet podkładać nie trzeba (i chyba jest to niewskazane).

To ją tylko zszyłam i w 5 minut miałam już bazę do nowej balowej sukienki. Spokojnie, bez presji czasu, w dwa kolejne wieczory doszyłam ręcznie przygotowaną organzę. Pozostało tylko rozwiazać wiązanie na szyi.
Łatwo się mówi, gorzej zrobić.
Nie wiem czy każdy tak ma, ale w moim przypadku szybciej powstaną trzy nowe ubrania niż doszyję do czegoś brakującą haftkę czy zatrzask. Tak po prostu mam. I pewnie sukienka odczekałaby jeszcze swoje, ale przecież tak wiele stało się ostatniej wigilii....
:* :* :* (wie kto i wie za co) 

Kiedy pełna emocji, pod wpływem dużego stężenia endorfin kładłam się spać tamtego wieczora, szybko sobie o niedokończonej sukience przypomniałam i obiecałam że będzie to balówa dla JJ.
I przed sylwestrem była już wykończona. Czekałam, a w zasadzie czekałyśmy tylko na odpowiedni moment.

I jestem przekonana że się doczekałam, a chwila była wyjątkowa, o czym za chwilę przekonacie się sami.

Kolekcja: Cinderella
Modelki: Joy-Jules (JJ)


Zaskoczeni?
Pozytywnie?

Pewnie że mogłam zrobić sesję na jednej z kanap, ale przecież JJ to niezwykła lala i należy jej się niezwykła sesja. A śnieg wydał mi się do tego bardzo odpowiedni.
W końcu królewna Śnieżka, Królowa Śniegu, sama, modna ostatnio Elsa..... i mogłabym jeszcze tak wymieniać i wymieniać.
Ale czy powyższe zdjęcie nie wystarczy za sto słownych argumentów?

Czy piękna królewna, w przepięknej sukni, biegnąca ośnieżonym lasem  na bal nie będzie idealnym tematem przewodnim mojej nowej kopciuszkowej sesji? Szczególnie że przepiękna suknia jest koloru nasyconej czerwieni.





 



 
 


Kilka śmiesznych faktów dotyczących tej sesji:
1. Odbyła się w tym samym czasie co zdjęcia Darii i Anji. Znaczy że na spacer poszłam z trzema lalkami ukrytymi w spodniach i pod kurtką (jak udało mi się to zmieścić......).
2. Co wydaje się niesamowite, przez tą całą bardzo niekomfortową podróż fryzura lalki nie zepsuła się ani o milimetr. Pogoda i wiatr zrobiły więcej zniszczeń niż marsz pod bluzą i kurtką.
3. Od dnia doszycia dołu z organzy walczyłam aby doszyte płatki okiełznać i w miarę ułożyć. Prasowałam, prostowałam, związywałam. Sukienka się obłaskawiła, jednak w przeciwieństwie do włosów, cała ta praca została zniweczona podczas "transportu". Jak się na miejscu okazało - dzięki Bogu, bo tak potargana i poczochrana wygląda zjawiskowo.

Osobiście bardzo mi się podoba cały pomysł na tą sesję, również wykonanie. Przeszkadza mi tu tylko piesek w tle, bo jak przy zwykłych codziennych sesjach mógł przez zdjęcia spokojnie się przewijać, tak tutaj trochę mi nie pasuje.

A Wy co sądzicie o tej niecodziennej sesji balowej?
No i jak podoba się sukienka?
Życzenie spełnione AG?

czwartek, 23 lipca 2015

Niecierpliwość nie popłaca

Dziś smutne zakończenie historii Elsy okraszone dość drastycznymi zdjęciami, dlatego czytelnicy o słabych nerwach czy delikatnych współczujących serduszkach powinny zakończyć czytanie tego wpisu na dokładnie tym zdaniu.

Do satysfakcjonującego mnie finału z Elsą brakowało niewiele. Dosłownie milimetry niezmytego makijażu.
Ale były to jak dotąd najdłuższe milimetry mojego życia a dla lalki najtragiczniejsze.

Pisałam Wam ostatnio że zrobiłam prawie wszystko by ratować elsową twarzyczkę.
Były dziesiątki zmarnowanych wacików, zużytkowałam 1/3 butli ze zmywaczem do paznokci, "nakręciłam" kilkadziesiąt szpilkowych patyczków do zmywania i chyba dosłownie tona użytej cierpliwości.
Zabrakło tylko jednej malutkiej, malusieńkiej butelki z innym zmywaczem.
Zaskoczenie co?
No właśnie......
Ale nie uprzedzając faktów.
Ostatnia bardzo szybka i spontaniczna sesja Elsy moim zdanie okazała się na tyle satysfakcjonująca że postanowiłam nie tylko ją oszczędzić, ale nawet wysadzić z ławki zagrożonych. Musiałam tylko domyć te pomazane nadpowieki.
Łatwo mówić, gorzej zrobić.
Na filmikach z YouTube wszystko wyglądało tak pięknie. Mach i pół oka zmazane, mach i drugiego pół brak, drobne przejechanie wacikiem po zagłębieniach i lala czyściutka jakby prosto z odlewni twarzy, a u mnie?
Syzyfowa praca.
I paznokciem i główką igły i ostrą szpileczką, nawet nożyk był w użyciu. A plama jak była tak jest. Jedynie czasem przesuwała się w bok o pół milimetra.
Robiłam pauzy, robiłam przerwy, nawet dałam sobie dzień na nabranie dystansu i powrót do pracy ze świeżym umysłem i pełnią nadziei.
Taaaa....

Powrót okazał się katastrofalny w skutkach.
Wróciłam, zmywałam, przecierałam, skrobałam, nawet próbowałam w akcie desperacji zmyć to mydłem, gówno ani drgnęło.
Doprowadzona do granic wytrzymałości chlusnęłam zmywaczem na oko i co???
I nic. Oko pływa w zmywaczu a plamka nadal na powiece. Nie pomaga szpilka, nie pomaga patyczek do ucha, nie pomaga wacik z paznokciem.
No to się zagotowałam, i poszłam na całość.
Albo ten ohydny make-up, albo ja i moje zdrowie psychiczne.
Przejechałam wacikiem po całym oku.
Czarna kreska się zmyła, część źrenicy zniknęło, ale plama pod brwią jak była tak jest.
Sprawy jednak poszły za daleko i już teraz musiałam usuwać całe oko.
Przyznam że wcale nie było łatwiej. Malunek schodził warstwami, te warstwy się ciągnęły, nie schodziły, zupełne przeciwieństwo youtubowych filmików.
I pomimo moich najszczerszych chęci i dużego wysiłku i tak nie udało się zmyć wszystkiego.

 
A że lubię konsekwencję i dodatkowo byłam świeżo pod wpływem internetowych instruktarzy przemalowywania lalkowych twarzyczek, postanowiłam kuć żelazo póki gorące.
Obkleiłam lalkowe włosy folią spożywczą, zdecydowałam się na turkusowo-szmaragdowe tęczówki mocną czarną kreskę jako podstawę makijażu i w zasadzie mogłam malować.
Dla dodania sobie odwagi postanowiłam zacząć od przemalowania ust na coś jaśniejszego i dyskretniejszego, tak dla zrównoważenia mocnych kresek.
Malowanie oczu zaczęłam oczywiście od dupy strony, bo zamiast wypełnić białka a potem swobodnie nanosić szczegóły ja ruszyłam ze źrenicami.
Moje myśli i plany nie wybiegały jeszcze tak daleko, a okrągłe tęczówki wydawały mi się elementem najtrudniejszym.
Choć samych ust nie mogę nazwać cudem natury to ich nieidealny wygląd zrzuciłam na problematyczne zamalowywanie ciemnego kolorem jasnym i pełna przede wszystkim wiary we własne siły kontynuowałam rysowanie oczu.
 


Do tego etapu było znośnie a potem to była równia pochyła ku absolutnej klęsce i klapie.
Nadanie konturów oczom i powiekom już pokazało że będę miała z tym problemy, szczególnie że oczywiście jako dziewicza "malarka" nawet nie pomyślałam żeby wcześniej naszkicować kontury ołówkiem.
Po co, przecież jestem odnoszącą tyko sukcesy "Artystką" a nie raczkującym nowicjuszem.
I na tym etapie postanowiłam kontunować to malowanie, ale już tylko jako eksperyment i nabranie doświadczenia na przyszłość.

Myślę że dalsze słowa są zbędne, zdjęcia będą mówiły same za siebie :)



Koszmarek z największych koszmarów co?? :D

Po pierwsze, mój na oko najwęższy pędzelek jest bardzo szeroki.
PO drugie , najpierw szkic ołówkiem, potem dopiero farbki.
Po trzecie, mniej farbek więcej wody, szczególnie przy cieniach do oka.
Po czwarte, mniej rzęs !!!!!
A po piąte i najważniejsze, moja cała odwaga uleciała  tak daleko że ostatecznie i nieodwołalnie postanowiłam zakupić nową lalę dla głowy. 

Na dodatek okazało się, że nie byłam w stanie zmyć z barbiowej twarzy tych moich wypocin. Zużyłam resztę zmywaczy jakie mi w domu pozostały a farba trzymała się jak po najlepszym utrwalaczu.
Razem z głową musiałam dokupić i zmywacz.
Coprawda paznokci prawie nie maluję, ale zdarzają się wyjątki, a poza tym jest przecież paznokciowa siostra więc butelka w domu być musi.

Tak jak postanowiłam tak zrobiłam. I lalka i zmywacz dotarły do domu przy pierwszych zakupach. I szkoda....
bo okazało się, że nowy nie miał najmniejszych problemów ze zmyciem nie tylko mojej radosnej twórczości ale przede wszystkim bez żadnego problemu pozbył się z twarzy resztek starego make-up'u.
I tak sobie myślę, cholera, że wystarczyło zainwestować 4 zeta w nową butelkę zmywacza do paznokci i mogłam spokojnie zmyć ten ohydny fioletowy cień, oszczędzając 34 złote na zakup nowej lalki/ głowy.

Bo tak wygląda twarzyczka po umyciu nowym nabytkiem :)


I trudno uwierzyć, że taka miła, sympatyczna buzieńka mogła być tak zobrzydzona przez kiepski makijaż.

środa, 22 lipca 2015

Łabędzi taniec w wykonaniu Elsy

Historia Elsy, na dzień dzisiejszy, dobiegła końca.
I oczywiście miałam rację pisząc, że nadanie jej tego głupiego imienia tylko wszystko niepotrzebnie utrudni, ale mądra Polka po szkodzie.
Jest mi przykro, i uczucie że zrobiłam prawie wszystko w tym temacie, wcale mi nie pomaga, szczególnie że zrobiłam tylko PRAWIE wszystko a nie samo wszystko, ale o brakującym "czymś" opowiem następnym razem. 
Bo zanim Elsa doświadczyła ostatecznego destrukcyjnego dotyku moich rąk cały czas naprawdę próbowałam ją ratować.
Naturalnie nieskutecznie, więc spokojnie możecie mi powiedzieć że w dupę mogę sobie wsadzić takie marne próby ale.....
Starałam się.

Wzięłam sobie bardzo do serca sugestię że może Elsa stworzona została do mocniejszych kolorów i postanowiłam ubrać ją w coś odważniejszego i bardziej krzykliwego. Od razu na myśl przyszła mi sukienka w której Anja uratowała swoją karierę, a może nawet życie, ale to byłoby zbyt naciągane.
Niestety, wygląda na to, że szafa moich lalek nie posiada zbyt wielu mocnych kolorystycznie kreacji.
Miłośniczka czerwieni, mocnych róży, biało-czarnego kontrastu tworzy mdłe i nijakie stroje. Czyżby wewnętrzne rozdarcie prawie zodiakalnej wagi, czy raczej rozdwojenie jaźni i początki schizofrenii?
A może tylko problem zabitej deskami mieścinki pełnej galerii handlowych ale oferującej tylko dwa sklepy z materiałami.
Miejmy nadzieję że to ostatnia opcja.

Tymczasem musiałam sobie radzić z tym co było dostępne.

Zaczęłam od chłodu w wersji zdecydowanego turkusu.
Już na tej sesji widać moje próby korygowania fatalnego, nietwarzowego 
make-up'u. Bezczelny zdzirowaty fiolet był prawie usunięty. Cholera, prawie bo zaczął się strasznie ciągnąć pod brwią, co nawet już nie tyle mnie irytowało, a doprowadzało do białej gorączki.
Bo możecie sobie wyobrazić waciki nakręcane na szpileczkę?
Tak właśnie się bawiłam przy zmywaniu tego koszmarku i tak nie można było się pozbyć resztek gówna.
Przy okazji nie mogłam sobie odmówić skrócenia odrobinę włosów :P
No mam do tego słabość.

Kolekcja: no name
Modelki: Elsa

 



No i nie było aż tak tragicznie. Gdyby nie mazie nad powieką Elsa zostałaby w takiej wersji na wieki. I nawet podjęłabym się obietnicy niejęczenia przy gorszych sesjach z jej udziałem.

Górę pewnie poznajecie z Bożonarodzeniowej sesji, dół został podkradziony z kolekcji Break.
Ale nie zakończyłam na tym kontrastowych eksperymentów.
Drugie podejście to black&white. Góra stworzona z resztek, przy okazji, leginsy z kolekcji urban africa.  
A jak afryka to nawet pojawiło się popołudniowe słońce.






I znów się powtórzę, ale jak nie potwierdzić ponownie że twarzyczka nadal do zaakceptowania, pomijając oczywiście niezmyte niedoróbki.
Długość włosów - całkiem, całkiem, choć kusi mnie jeszcze podcięcie.

Ale postanowiłam spróbować czegoś jeszcze.
Styl Rock&roll.
Może nie tak bardzo kontrastowy w kolorach, ale za to w rockowym stylu.
Oczywiście przy okazji muszę się bardzo skrytykować. Bluzką jest za duża. Przesadziłam z rozmiarówką!!! :(





I jeszcze raz - efekt znośny, akceptowalny, tylko ta cholerna plama na powiece !!!!!
SZLAG BY TO TRAFIŁ



wtorek, 14 lipca 2015

Slaba elsa

I mam kłopot.
Oczywiście nijak się to ma do globalnego ocieplenia, okrucieństwa wojen jakie toczą się pod naszym nosem, skrajnej nędzy w jakiej żyje duża część ludności, czy malutkich tragedii dotykających każdego dnia konkretnego człowieka. 
I w zasadzie to powinno być na tyle, bo tym wstępem skutecznie zamknęłam sobie temat.
 
Jednak spróbuję.
Przecież po to powstał ten malutki "fashion B świat" żeby można było choć na chwilę zapomnieć tu o kłopotach, smutkach, złu czy niesprawiedliwości.
Tutaj niegodziwość świata może objawiać się tylko w kiepskim scenariuszu kolejnego obejrzanego filmu, złośliwości nieukładającej się sukienki czy płaszczyka, stawianiu się okoniem lalek podczas sesji  lub ewentualnie niegodnych zachowań znanego mi otoczenia.
Więcej zła dostępu tu nie ma.
 
No i okazuje się w swoich szeregach mam taką jedną okoniową stawiaczkę.
Żałuję że nadałam imię Elsie. Jako beztożsamościowa była łatwiejszym materiałem do eksperymentów.
Łatwiej oderwać głowę czy kończyny kupie (odpowiednio) połączonych plastikowych części niż pozbawić życia Elsy.
Próbowałam wmawiać, przede wszystkim sobie, że tak źle nie będzie. Anja przecież gwiazdą od dnia pierwszego też nie była. Pamiętam dziesiątki wyrzucanych zdjęć, wkurzanie podczas jej ustawiania i latania z aparatem w każdą stronę poszukując dobrego kąta nachylenia czy lepszego profilu, jak to określa moja siostrzyczka "chocolate side".
Lalka była nie tylko na cenzurowanym, ale nawet dostała czerwoną kartkę i sesję ostatniej szansy. A dziś? Przed obiektywem pojawia się równie często co jej fotogeniczne psiapsióły.
Liczyłam na to że powtórzymy ten schemat z Elsą. Jednak im dalej w las (w moim przypadku w ogródek) tym ciemniej, bardziej ponuro i beznadziejnie.
Przez nadanie imienia mam się z nią bujać przez kolejny rok....... :/
I to na dodatek podwójnie wkurzająco. Bo przez tą, po raz pierwszy wkurzającą brzydką gębę, w niczym ładnie jej nie jest, to na dodatek po raz drugi przez tą wkurzająco brzydką gębę takiego pięknie sztywnego ciałka wykorzystać do pozowania nie można. 
A jakby tego mało było, twórcy-ojcowie od koszmarnego makijażu, postanowili skrzywdzić ją wyjątkowo skutecznie, bo tego gówna z twarzy  za cholerę nie można zmyć. Pierwsza lalka na rynku z permanentnym makijażem, cholera!.
Na zdjęciach jednak tej mojej nierównej walki nie zauważycie. 
Sesja odbywała się przed "poprawkami"
Łudziłam się że inne otoczenie, inna pora dnia,  matka natura i niezwykle sprzyjające okoliczności przyrody pomogą wydobyć piękno Elsy. Szczęśliwie udało się jeszcze wynaleźć biało-fioletową sukienkę.
Więcej zrobić już nie mogłam. Użyłam wszystkich dostępnych środków żeby dziewczynie (sobie też przy okazji) pomóc, ruszyłam na bitwę i ...
Przegrałam.
Z kretesem. 
I nie mam już wyjścia czy innego koła zapasowego.
 
I wcale nie przesadzam. Popatrzcie zresztą same.
Zdjęcia wystarczą za tysiące słów.
 
Kolekcja: no name
Modelki: Elsa
 



Nawet strumyk na jej widok zrobił się jakoś mętno-odrzucający.








Straszna jest ta twarz.
Gdyby nie to zdjęcie z makiem - ciekawostka: maki też potrafią być w kolorach wrzosu :) - Elsa nie miałaby nawet jednego przyzwoitego zdjęcia.

:(

Czeka nas bardzo trudna i wydaje się że ostateczna przeprawa. Trudno 

wtorek, 23 czerwca 2015

Nowa

No i pojawiła się ona:
Barbie Fashionistas Y7487
Dla mnie Elsa.
Z pierwowzorem niewiele ma wspólnego, daleko jej do słodkiej księżniczki, ale ten brutalny w swojej barwie makijaż od razu narzucił mi takie mroźno lodowe skojarzenie.
Mówi się że uroda to rzecz bardzo umowna.
Jednemu podobają się elfie uszy, drugi ma słabość do zadartych nosów, trzeci przepada za pontonami w miejscu ust, czwarty uwielbia zakrapianą piegami twarz.
Ale Elsa zdecydowanie nie wpisuje się w żaden kanon piękna.
Nie zachwyca. 
Przeciętna lala (o tendencji spadkowej) z tandetnie wulgarnym makijażem.
Do niedawna myślałam że to tylko kobiety za pomocą kosmetyków potrafią robić sobie krzywdę, ale ta Barbie jest chodzącym dowodem na to, że nie tylko kobiety.



Długa, twarz, bardzo wysokie czoło, kiepski profil. Nie jest łatwym obiektem do fotografowania.
Niestety prawda jest taka że Elsa to brzydsza siostra Anji.



Miałam nadzieję że może ubrania w zimnych, lodowych kolorach przygaszą tą zemstę makijażystek. Elsa dostała najnowszą sukienkę, w zasadzie prosto spod igły na swoją pierwszą sesję, ale nawet to jej nie uniosło. A raczej nie tyle jej, co samego jej make-up'u.
Niestety nieuniknionym staje się moja ingerencja w jej wygląd, a tego się trochę obawiam. Czasem przecież można trafić z deszczu pod rynnę, albo dwie.

Całe szczęście że lalka z całą swoją podróżą pod mój dach kosztowała tylko 46 złotych, trochę mojej kondycji i miłych odwiedzin.
No i te stawy!
Jak muskulatura Kahl'a Drogo czy Teriminatora.
Po prostu czysta stal.
Elsę postawiłam we własnych bucikach na stałym gruncie a ona.... stała.
Bez nitek, bez podwieszania, bez ściany. Ona stoi.
To taka miła odmiana :)
Już zapomniałam jak moje gwiazdy były takimi sztywniarami :).

To chyba tyle jeśli chodzi o sama modelkę i czas powiedzieć słów kilka o jej kreacji.
To moje ostatnie dzieło. Jestem nadal na fali powiewających maxi sukieneczek. Jakoś sama się w nich rozkochałam.
W porównaniu z ostatnią odsłoną Kopciuszkowych kreacji  tym razem bardzo skromnie, bardzo lekko, wyjątkowo dziewczęco.

Choć przyznam że sam proces tworzenia nie był lekki :)
Tworząc bazę czułam się  jak co najmniej gwałciciel. Tak jeszcze nie było - miałam opory przed szyciem.

UWAGA:
zdjęcie tylko dla czytelników pełnoletnich


Na szczęście dalej było już tylko lepiej


Sesja jest wykonana w domu. Żałuję, bo zabrakło czynnika który mógłby wydobyć jej delikatność, eteryczność i zwiewność.
Wszystkiego mieć nie można. A może nadarzy się jeszcze okazja na zrobienie kilku fotek sukience w ruchu.

Kolekcja: no name
Modelki: Elsa




Co jest bardzo wyjątkowe. Choć sama lalka nie zachwyca, choć wcale nie jest fotogeniczna, choć profil ma kiepski to cień rzuca zjawiskowy.
Najsłodszy i najpiękniejszy jaki udało mi się kiedykolwiek ustawić i sfotografować.













 
A tak mniej więcej wyglądała sesja z dalszej perspektywy :)