wtorek, 17 listopada 2015

Anja w kwiatuszkach

Dzisiaj druga odsłona sweet flower i dawno nie widziana Anja.
Wyginająca się, dumnie prezentuje swój zestaw.
A zestaw niecodzienny ze względu na pierwszy taki krój bluzeczki na tym blogu.
Niby nic nadzwyczajnego, niby nic wyjątkowego, niby nic skomplikowanego, a jakoś tak, szczególnie na zdjęciach, jej widok przywołuje mi uśmiech na twarzy.
 
No i w zasadzie niewiele więcej mogę dodać w tym temacie.
Fryzurka, w przeciwieństwie do poprzedniczki, utrzymana perfekcyjnie od pierwszego ujęcia do zdjęcia ostatecznego.
Ubranie, w przeciwieństwie do poprzedniczki, dopasowane do figurki, prezentujące się całkiem nieźle.
Sama Anja.... to jedna z najlepszych jej sesji. Na każdym zdjęciu wygląda zjawiskowo. Bez względu na kolor tła czy pozę. I przy zieleni, i przy szarości, przy brązach, nawet z żółtym.
Zresztą same oceńcie 
 
Kolekcja: Sweet flower 
Modelki: Anja
 












I jak?
Podzielacie mój entuzjazm

Samo ubranko, choć w zasadzie proste, codzienne, w swojej zwyczajności zaprezentowało się nadzwyczajnie, a  modelce no nawet nie wspominam. Bomba.

piątek, 13 listopada 2015

Summer jako pierwszy słodki kwiatek

Mam ogromną przyjemność zaprezentowania pierwszej od bardzo dawna kolekcji.
I to vintage :)

Kiedyś szyłam tylko kolekcje. Miało to swoje dobre strony, ale warunki do szycia były dużo lepsze wiec mogłam się skupiać na bardzo ograniczonej liczbie konfekcji.
Ten zestaw powstawał zeszłej zimy i miał mieć swoją odsłonę wiosną. W końcu kwiaty i to ładne, na dodatek w skali :) .

Co mi tam, przy okazji zdradzę Wam tajemnicę że posiadam trzy kolorowe warianty tego materiału, tak mi się spodobały te malutkie różyczki.

Jednak z powodu nieco metalicznego zestawienia w dzisiejszym
komplecie, miałam odrobinę wątpliwości co do tematu sesji i samego tła.
Myślałam nawet o disco, ale kolorowe led'y kosztują 70 złotych (spory wydatek na ogarnięcie jednej sesji), a kryształowej kuli nie byłoby na czym powiesić. No to sobie leżała kolekcja, zawsze na górze pudła, co by przypominać o sobie, ale żadna idea czy pomysł, temu patrzeniu na nią, nie towarzyszył.
Aż - przyszła jesień i matka natura dość nieoczekiwanie rozwiązała za mnie ten problem.
I co najważniejsze, miałam na nią zagwarantowane około 40 minut.
Jakby tego szczęścia było mało, lalki ubrane zostały wcześniej, więc wystarczyło się tylko spakować i w plener. Przy okazji mogłabym też ponarzekać, że choć teoretycznie 40 minut to bardzo dużo czasu, w przypadku lalkowej sesji to jak nic. Bo w tym czasie trzeba wybrać odpowiednie miejsce, wypakować lalkę, ustawić, zrobić zdjęcie, poprawić, zmienić pozycję, sprawdzić czy nikt się nie zbliża, przenieść się, ustawić, poprawić, zrobić zdjęcie, przenieść, sprawdzić, ustawić....... a na koniec jeszcze spakować. A lalki były aż trzy. 
Ale marudzić tym razem nie będę.

Powiem krótko że się udało. I nie dlatego że jestem genialnym fotografikiem, który w połączeniu z genialnymi modelkami może dokonać rzeczy niemożliwych.
Po prostu przeciągnęłam zagwarantowane minuty o kwadransik, ryzykując przy tym ewentualnym nakryciem i przyłapaniem na gorącym uczynku.
Szczęśliwie nikt mnie nie przyłapał a ryzyko się opłaciło :). Chyba :) Przynajmniej mam taka nadzieję

Dziś pierwsza odsłona kolekcji która zaprezentuje Summer - na dodatek w okularkach przeciwsłonecznych, które, na marginesie, zaginęły gdzieś po sesji :(.
No i chyba po raz pierwszy zobaczycie marynarkę w moim wykonaniu :)
Nie mam się co tak cieszyć, bo to szczyt krawieckich umiejętności na pewno nie jest, ale to o krok lepiej niż wersja śmietnikowa, dlatego pojawia się na blogu.

No i chyba nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Wam miłego oglądania :)

Kolekcja: Sweet flower
Modelki: Summer













Coprawda Summer w tej marynarce wygląda jak skrzyżowane Pudzianowskiego z Danym Zuko z Grease, ale co tam. Na pierwszy raz nie tak strasznie. No i ewidentnie to chowanie i wyjmowanie bardzo naruszyło fryzuję modelki. Niestety z powodu przymrozków nie byłam w stanie odtworzyć tła do korekcyjnej sesji :)
W tym temacie musicie być łaskawe :)

wtorek, 10 listopada 2015

...i tak wciaż opowiadała

Dzisiaj znów się będę chwaliła :)
Autoreklamy ciąg dalszy.
 
Jednak tym razem nie włóczką, a tradycyjną materiałową produkcją.
Szkoda tylko że to nie jakieś fajne nowe projekty a jedynie efekt przemysłowej hurtowej masówki o którym wcześniej wspominałam i który zaczęłam dawno temu. Niby nic nowego nie powstaje, ale co jakiś czas gotowa kreacja wpada do pudełka. Takie bonusiki :)
 
 

Czy ktoś dopatrzył się może kolejnego podejścia do zielonkawej marynarki? :P

 

No i przecież chodziła mi po głowie jeansowa tuba-miniówa.
Nie mogłam jej sobie odmówić.



a że przy okazji powstają też spodnie....
tylko się cieszyć  :D

sobota, 7 listopada 2015

Co w modzie piszczy

Tak sobie przeglądałam ostatnio propozycje największych domów mody na świecie na wiosnę 2016 roku.

Bo kim lepiej się zainspirować jak nie największymi i najbardziej znanymi.
Przecież moje lalki mogą czasem powiać światowymi wybiegami a nie tylko wyobraźnią i możliwościami swojej boginki mody- czyli mnie.
Zresztą, dobrze jest się czasem porównać czy skonfrontować  z taką górą najwyższych z najwyższych.
A jeśli przy okazji mogę zaktualizować swoją, ludzką szafę....

Nie obejrzałam wielu propozycji. Wybrałam naprawdę tylko kilku projektantów. Zaledwie 5 pokazów, ale co nasunęło mi się od razu to wszechobecne falbanki. 
W sukienkach, spódniczkach, bluzeczkach, spodenkach. Wszędzie gdzie to możliwe. Oczywiści bardzo mnie to ucieszyło, bo sama je lubię a poza tym od razu na myśl przyszła mi moja kocia mini kolekcja :). Czyżbym wyznaczała trendy?  :P

Nie mogłam oczywiście nie zahaczyć o dom mody Mochino. Kilkakrotnie ich projekty pojawiały się już na tym blogu.
Była inspiracja Barbie, było jedzonko, klocki lego.
Na przyszły sezon natomiast kolekcja jest wprost idealna na..... rower :D.
Inspiracją dla projektantów była ulica - dosłownie. Ze znakami drogowymi, robotami budowlanymi a nawet pracownikami razem wzięte. Jak zwykle w ich przypadku, temat wyjątkowy, świeży, nietuzinkowy i potraktowany niezwykle dosłownie.
Za to co okazało się niezwykłe dla ich projektów tym razem, to użytkowość :)
Oczywiście prawie każdy powie że jak się chce być widocznym na ulicy na rowerze wystarczy założyć kamizelkę odblaskową i gotowe. Żadna filozofia.
No trudno też temu zaprzeczyć, jednak.....
czy naprawdę każdy rowerzysta chce dzień w dzień, przy upałach, przy zimnie, w słońcu, w deszczu czy słocie jeździć w brzydkiej, niedopasowanej, unisex kamizelce? Dlaczego nie można być, jadąc rowerem, równocześnie modnym, genialnie widocznym i jeszcze na dodatek ubranym wyjątkowo.
No i od przyszłej wiosny tak właśnie będzie można :)


                              źródło:              www.vogue.com

Szkoda że wszystko było w zestawach ze spódnicami. Nieco trudno jest wsiadać elegancko i wygodnie w takim stroju na rower z męską ramą.

Zajrzałam również na wybieg Channel.
I po prostu nie mogłam odmówić sobie pewnego porównania.
Czy nadal uważacie że pewna sukienka mojego projektu jest dla ciotki kloki?
To co w takim razie powiecie na to?

źródło:   www.vogue.com


Prawda że można zauważyć delikatne podobieństwo?



:D     :D     ;D


piątek, 6 listopada 2015

Samochwała w kącie stała......

Ja się chyba przestawię na druty.
Wiem, wiem,  winter is coming, na dworze zimno, bywa mroźnie. Łatwiej w takich okolicznościach myśleć o wełnianych sweterkach niż letnich sukienusiach czy bikini. Ale wiecie o ile łatwiejsze byłoby moje życie gdybym oparła je na drutach?
Cichutko, malutko, czyściutko i na dodatek szybko. Dwie godzinki przed telewizorem i kawałek płaszcza gotowego. Bez ścinek, bez fastrygowania, metrów wyprutych nitek, ginących w akcji igieł ze szpilkami. Ja, kłębuszek wełny i druty w ręku. Żadnego wyczekiwania na chwilkę przy maszynie, żadnego rozkładania tego całego majdanu. Pełna kultura.
 
Tylko ten sam stary kłopot ze skalą :D

Oversize jest w modzie, ale u mnie to oversize XXL lub jak kto woli nadoversize.
Jakbym się nie starała, ile oczek nie odejmowała i tak wychodzą namioty. Taka magia w rękach :D.
Za to jakie tempo....
Kilka wieczorów i gotowe:

 

 
 
 
Na szczęście dla moich kruszynek materiałów nie porzuciłam na stałe. Przynajmniej na razie kończę tą hurtową przemysłówkę, którą rozpoczęłam jakiś czas temu.
ale to tym następnym razem. 
Na dzisiaj samochwalstwa wystarczy :D

środa, 4 listopada 2015

Żona ze Stepford

No i dziś jak nigdy żałuję że nie mam dioramy, a jeszcze bardziej żałuję że nie mam dioramy z kuchnią.
Nie będę kłamała że taka myśl przez głowę mi nigdy nie przeszła. Zaryzykuję nawet i powiem że byłoby to na pewno bardzo fajne wyzwanie i wcale niekoniecznie takie trudne. Bo tak bardzo luźno, ale naprawdę bardzo, bardzo luźniutko takie myśli mnie już nachodziły :)
Kuchenne szafki zazwyczaj stoją przy ścianie. Zatem ich tworzenie byłoby z tego powodu znacznie ułatwione. Wystarczałoby skupić się tylko i wyłącznie na frontach mebelków, bo nawet blat byłby jednym grubym kawałkiem tektury z drewnianą okleiną. Szybko, łatwo, zabawnie, skutecznie i na pewno fajnie.
Oj, przyjemnie byłoby do takiej kuchni zasiąść, przyjemnie......

Ale....
w moim przypadku trochę mija się to z celem. Bo ile razy taką kuchenną scenerię mogłabym wykorzystać, pomijając oczywiście pomysł na dzisiaj :P.
Raczej nieczęsto.
A kombinować w ukryciu budowanie takiej dioramy, chować ją potem po kątach przed oczami ciekawskich, upychać gdzieś w szafach.....
Nie kalkuluje mi się. Tak samo zresztą jak tworzenie sypialni z pięknymi łóżkami. O, to mi zawraca głowę bardzo często. Łóżko z zagłówkiem pikowanym, łóżko w stylu nowoczesnym z podwieszanymi szafeczkami na drewnianym panelu u wezgłowia, łóżko z baldachimem, łóżko ze szczebelkami.
Nawet nie chcę zaczynać tematu pościeli i poduszeczek..........
Ale i bez dioramy, gdzie takie wielkie łoża trzymać? Już i tak nie mieszczę się w dwóch pudłach......
A znów, w ilu sesjach łóżko mogę wykorzystać?
Dlatego, pomimo WIELGACHNEJ ochoty nawet się za to nie zabieram.

Co oczywiście nie przeszkadza mi dzisiaj żałować, że do tego nie zasiadłam :)
Bo stylizacja aż się prosi o piekarnik w tle i dwie tace mufinków :)
Sweterek jest już u mnie od wieków. Gdzieś zauważyłam coś podobnego na lalce Barbie i pomyślałam że miło byłoby kilka sweterków posiadać. Zawsze to jakaś odmiana od dzianinowych bluzeczek. No i uszyłam. Żółty. Wiem, wiem, najmniej twarzowy kolor dla moich lalek, ale tak jak mówiłam, to jedna z moich pierwszych produkcji a to była jedna z pierwszych zakupionych dzianin i to jeszcze cały metr bieżący.
Za to ozdoba to mój osobisty projekt :).
I tak jak sobie na ten sweterek patrzę to myślę sobie czy by jeszcze tego nie powtórzyć. W innych kolorach, z innymi długościami, dekoltami. Bo nieźle się on na zdjęciach prezentuje.
Spódniczka natomiast jest jeszcze ciepła od światła maszyny :)
Powstała, może nie tyle przypadkowo, co przy okazji. Miałam do dyspozycji prostokątny kawałek czarnej bawełny i bez większego kombinowania postanowiłam uszyć z niego spódniczkę.  Szkoda że tylko dół nie układa się tak jakbym tego sobie życzyła, ale nie wiem dlaczego.
Mimo to, postanowiłam zostawić ją taką jaka jest. A że była pod ręką, wystarczyło tylko dobrać do niej górę i mieć gotowy zestaw do sesji. I jak ostatnio i tym razem chciałam wyciągnąć coś vintage :) Mam tego tak dużo, że czas najwyższy wyciągać je na światło dzienne.

A kiedy zestaw trafił na ciałko Darii (znów - gwaranta udźwignięcia tego koloru) od razu skojarzyłam go sobie z filmem "Żona ze Stepford".

No niestety, kuchennej dioramy brak, ta pokojowa też jest za mała, trzeba było kombinować. I w taki sposób swój pierwszy raz zaliczyła skrzynia ze skarbami :)

Kolekcja: no name
Modelki: Daria















Mam słabość do tych czarnych guziczków ;)
No i bardzo dobrze że spontanicznie powstała ta czarna spódniczka. Sweterek wcześniej zupełnie do niczego nie pasował  a w tym duecie prezentuje się nienajgorzej.

No i Misiek Bajor wyszedł całkiem, całkiem , a tego się zupełnie nie spodziewałam :)

poniedziałek, 2 listopada 2015

Taki sobie mały bałaganik

Żeby kurna nie było, że siedzę w chacie i bąki tylko puszczam.
Nie siedzę i nie puszczam, no chyba że szyję, to akurat pod maszyną siedzę lub klęczę, no i czasem puszczę w świat małe co nieco, szczególnie gdy trzeba skonsumować pół skrzynki śliwek.
No ale nie będziemy tu roztrząsać moich fizjologicznych procesów bo nie czas i przede wszystkim nie miejsce. W końcu kurna to B fashion.
I kurna!!!!! właśnie wpadłam na coś jeszcze - ależ ja mam uniwersalny adres dla tego bloga!!!!!
Oryginalnie i w zamyśle to delikatny skrót od "my Barbie fashion czyli po mojemu moda dla lalek Barbie.
Ale przecież z angielska może to być również moje bycie fashion. B(e) fashion, bądź modna/modną.
No, to sobie wykombinowałam ;). Ta moja błyskotliwość i przenikliwość nawet czasem i mnie zaskakuje ;P ;P ;P
Ale zostawiając już tą niezwykle efektowną dygresję.

Kombinuję jak mogę.  Staram się wykorzystywać każdą dostępną minutę, a że jest ich coraz mniej całe moje jestestwo zaczyna być podporządkowywane takim drobnym momentom.
To nie do końca dobry kierunek, muszę coś z tym zrobić.
I coś tak wygląda na to, że matka natura nadchodzącą jesienią i zimą chce mi w tym pomóc :). 
Okazuje się, że mam cały kartonik wełenek. Za każdym razem kiedy latem wychodziłam z pasmanterii z kłębkiem wełny pukałam się w głowę. Własną.
Jest lato, gorąco, słońce praży z góry a ja oglądam wełny, no chyba mnie pogięło, albo zupełnie zwariowałam na punkcie lalek i czas zacząć się leczyć.
I może to już czas na leczenie, niewykluczone, ale kiedy wiatr zrywa berety z głów, szarpie apaszki z szyj przechodniów, ja mogę nie tylko siedzieć w cieplutkim mieszkanku, ale mam jeszcze sporo wełny do przerabiania :)
Taka przewidująca jestem.

Jednak nie tylko samą wełną człowiek żyje... (jeszcze)
Zapewne w przeciwieństwie do większości projektantów (;P) lalkowych ubranek, moja metoda pracy polega na etapowym hurtowym szyciu.
To zupełne przeciwieństwo tradycyjnego szycia dla lalek gdzie wymyśla się jeden projekt, wycina, szyje, zszywa, poprawia, dopieszcza, aż do stworzenia dzieła kompletnego a potem zaczyna cały proces od nowa przy następnym ubranku. 
Ja, kiedy mam okazję, wycinam ile mi do głowy przyjdzie, przy następnej okazji fastryguje pierwsze etapy zszywania pod maszyną i czekam na moment kiedy do maszyny będę mogła zasiąść.  Jak już zasiądę, szyję ile się da, czego się da i następuje kolejny etap fastrygowania, i tak dalej i tak dalej.
Oczywiście ma to swoje minusy.
Szyjąc po jednej kreacji nie ma problemu z ciągłą wymianą nitek, uwaga skupiona jest w całości na jednym ubranku, można go dopracowywać, dopieszczać, a i efekt końcowy jest, powiedzmy, w miarę szybki.
Przy szyciu hurtowo-etapowym (a w moim przypadku jeszcze na czas) bardzo łatwo się do tego zniechęcić. Po pierwsze takie skakanie z ubranka na ubranko nie jest komfortowe. Bo tu trzeba zygzakiem, tu ścieg rzadki, tu gęsty, przy katankach ścieg trzeba obrzucić, przy leginsach to niewskazane, w jednej bluzeczce trzeba przejechać tylko dekolt, w drugiej nie zapomnieć jeszcze o rękawkach. Po drugie, i co najważniejsze, bardzo długo nie widać efektów pracy. Niby podchodzi się do tej maszyny już po raz dziesiąty a nic kompletnie uszyte nie jest. Bo tu trzeba podszyć jeszcze pasek, tu doszyć zatrzaski, tam podłożyć dół..... Szyje się szyje a końca nie widać.
Ale jak się ten etap w końcu przejdzie to nagle masz wysyp gotowych ubranek. Hurtowo :)
I może w tym przypadku hurtem trudno to nazwać, ale zawsze coś tam  jest skończone :)
 
 
 
Ciągle też zdarzają mi się spektakularne wpadki :)
I to z wykrojów :)
Na dworze coraz zimniej, trudno więc żeby lalki latały w samych body z odkrytymi plecami. I choć nie cierpię jesieni i zimy, mogę być zmuszona w tym okresie do jakiegoś lalkowego pleneru. Przydałoby się coś cieplejszego.
A co jest najfajniejsze?, najlepsze? i najbardziej uniwersalne?
No marynarki oczywiście!
Do leginsów, do jeansów, nawet zielonkawej sukieneczki.
To się porwałam.
.... z motyką na księżyc ;D

Ależ mi kolejny koszmarek wyszedł :):):)
Krzyżówka garderoby Pudziana, z latami 80-tymi i jeszcze praniem w zbyt wysokiej temperaturze :D :D :D
Wyrzuciłam od razu, nawet kieszonki nie doszywałam. Ale zdąrzyłam jeszcze zrobić dwie fotki, tak żeby pokazać że nie zawsze i nie wszystko (szczególnie marynarki) się udaje.
Naturalnie, oczywiście i absolutnie jak zawsze: "ale się nie poddaję, nigdy w życiu!"
Kolejny podejście już wykrojone, nawet początkowo sfastrygowane, czeka na swoją kolej :). Któraś wersja na pewno mi się uda :)



Zwala z nóg :D

No i nie tylko samymi ubraniami człowiek żyje.
Nie wiem nawet dlaczego, pewnie w ramach walki z nudą, postanowiłam zrobić kolejną ławę / stolik kawowy dla lalek. Bo przecież dwa stoliki, z których jeden jeszcze ani razu nie był użyty przy sesjach to dla mnie za mało :)
No nie tak do końca. Po prostu chciałam sprawdzić nowy pomysł na konstrukcję samego mebelka a szczególnie nóg i przy sukcesie ewentualnie go opatentować. 
W zasadzie to liczyłam na porażkę. Pełną.
Po raz pierwszy postanowiłam przygotować mebel z samej tektury, bez drewnianych usztywniaczy. Głównie chodziło o wytrzymałość nóg.
Powycinałam kilkanaście pasków tektury które po sklejeniu miały stworzyć sztywne nogi.
Blat i półka powstawała na tej samej zasadzie, tylko ze znacznie mniejszej ilości elementów.
Nogi, po wyschnięciu kleju przymocowałam (również klejem) do blatu. 


Tym razem do sklejania całej konstrukcji używałam kleju "magic". Zwyczajnego kleju w tubce do szkoły dla dzieciaków.
Konstrukcję oraz nieprzymocowaną jeszcze półkę okleiłam drewnopodobną okleiną (resztki z podłogi z mojej dioramki), półkę przymocowałam do stolika. I właściwie gotowe:



Ku mojemu zaskoczeniu stolik kawowy jest bardzo stabilny i solidny (jak na tekturę :)).
Najbardziej obawiałam się jak będzie wyglądało łączenie półki z nogami a ten element wyszedł najlepiej.
Nie byłabym sobą gdybym trochę nie pomarudziła, i nie uznała że projekt mnie nie satysfakcjonuje. Chodzi o szerokość nóg. Myślałam że 1 cm będzie wystarczający. W trakcie sklejania dodałam nawet nadprogramową warstwę tektury powiększając wymiar o prawie 2 mm. Ale, jak się ostatecznie okazało, i to było sporo za mało. 
Oczywiście w ogóle się tym nie martwię, będzie okazja stworzyć nową ławę. I nie tylko zmodyfikuję wymiary nóg, ale chcę się również pokusić o zmianę blatu.
Tak mi się spodobało łączenie półki że ten sam patent chcę wypróbować również na blacie stolika.  
No a w związku z tym powstaje pytanie. Czy znajdzie się chętny na ten model? Oczywiście że Pszczółka M ma pierwszeństwo pierwobrania, ale jedną ławę już posiada i nie chcę jej zarzucać kolejnymi dublującymi się mebelkami, no chyba że ława już nie żyje :). 

Natomiast oprócz samego zaprezentowania ławy udało mi się zaprezentować coś jeszcze. To piękne niebieskie cudo czyli taśmę klejącą oraz przepiękne i przecudowne autko.
Klejące taśmy z różnymi nadrukami już w życiu widziałam i to niejednokrotnie, ale nigdy dotąd nie była to taśma delikatnie pluszowa. Ma wręcz na sobie aksamitny meszek. I co z tego że niczego nie klei, nawet samej siebie :)
Zupełnie nie istotne. Za to czy widzicie już oczami wyobraźni, jak piękne abażury z niej powstaną. Ja nie mogę się już doczekać.
Co do autka, to czysta niespodzianka, Kinder dodam :)
Byłam w Lidl'u kupić jajo niespodziankę. Potrzebowałam tego plastikowego pojemniczka w środku do uformowania kapelusza. Nawet nie wiem co to była za seria. Nabyłam sztuki dwie, tak by równocześnie nawijać po dwa kapelusze (moja hurtowa produkcja). Niczego fajnego się w nich nie spodziewałam. I przy pierwszym jaju się nie zawiodłam. Głupia tandetna figurka koteczka, którego nawet trudno będzie wykorzystać na lalkowych regałach. Ale za to w drugim..... no czad !!!! Super fantastyczne, genialne malusieńkie autko.
Na pewno będzie częstą ozdobą lalkowych sesji :)

Ale skoro jajo zostało już zakupione i skonsumowane mogłam spokojnie wypróbować pomysł na kapelusz, szczególnie że kupiłam też klej do dekupażu.
Rozgadywać się ta ten temat nie będę.
Powiem tylko pierwsze koty za płoty.
Niestety, ani folia nie chciała się oderwać od kapelusza, nie udało mi się też wystarczająco szczelnie nawijać wełenkę.
Będę dalej testowała kolejne pomysły.




A ława z szerszej perspektywy wygląda całkiem, całkiem :)