sobota, 12 grudnia 2015

Nostalgicznie - romantycznie

Pamiętacie może moją wielka irytację przy pierwszym śniegu?
No właśnie poszło o te zdjęcia.
Siedzę ja sobie popołudniem w domu, deszczyk pada, myślę że fajnie by taką nastrojową sesję walnąć, wyciągam lalkę, zaległą starą sukienusię. Summer piękna, fryzura całkiem, całkiem, deszcz po szybie spada jak na zawołanie, fotki w aparacie wyglądają przyzwoicie. Czego chcieć więcej.....
No i jeszcze nie zdążyłam zdjęć zrzucić na komputer a tu mi się zima ze śniegiem wcięła.
No to się zdenerwowałam lekko :).
Na szczęście ta anomalia pogodowa była tylko chwilowym wyskokiem, liczę że jeszcze nie prędko się powtórzy, wszystko wróciło do mojej normy, także jest dobrze.

A skoro już wszystko o przygotowaniach powiedziałam, może słów kilka o sukience. Ale dosłownie kilka bo to znów ubranie vintage :).
Powstała bardzo dawno temu za górami , za lasami, za siedmioma rzekami.
Na pierwszy rzut oka wygląda nienajgorzej. Ciekawy dobór kolorów, kwadratowy ładny dekolt (i co z tego że za duży :D ) niespotykany często w moich kolekcjach. Dopasowana, podkreślająca idealny lalkowy kształt klepsydry. Ładnie wszyte rękawki.
I chyba na tym skończę opowiadanie, bo czasami nie ważne jak się kończy a kiedy.  
W tej sesji, oprócz wprost obłędnych stróżek deszczu za szybą podoba mi się Summer a dokładniej jej pozy. Takie luźne, zrelaksowane (choć staranne i przemyślane), tak jakby ta sesja nie kosztowała mnie ani odrobinki pracy.

Szkoda tylko ze ten uśmiech od ucha do ucha nieco tej romantyczności i nostalgiczności zaprzecza.
Summer zamiast wyglądać jakby jej ktoś serce właśnie złamał, sugeruje raczej żegnanie w oknie kochanka co nie tylko noc u niej spędził, ale strasznie się przy tym napracował żeby to była noc niezapomniana  ;D 

Kolekcja: no name
Modelki: Summer













środa, 9 grudnia 2015

Druciana robota

Dziś chciałam tylko powiedzieć wszystkim raczkującym w świecie lalkowych ubranek, że nawet w obliczu jednej, dwóch czy nawet trzech porażek nie należy się poddawać czy zniechęcać do lalkowej twórczości.
Jak mówię to zawsze, przy hobby należy się nie poddawać, nigdy w życiu :)

Weźmy na ten przykład mnie.
Już rok temu marzyły mi się malutkie wełniane sweterki i płaszcze.
Takie cieplutkie, milutkie, zimowe ubranka dla moich lalek.
I tyle się namarzyłam że w końcu za druty się wzięłam i.... potworzyłam w zasadzie same worki, czy powinnam powiedzieć bardziej wory.
Nawet nie wiem czy je kiedykolwiek pokażę.
Co jedno to większe, mniej foremne za to dużo bardziej puchate.
Ale to wcale nie znaczy że się poddałam. O nie. W tym roku postanowiłam walczyć dalej.
Kupiłam nową włóczkę, a dokładniej etaminę, i pełna nadziei zasiadłam do kolejnych prób.
I co mi wyszło?
Ano to:


no i co można powiedzieć na ten efekt końcowy.....
Słabo, słabiutko, znów wory.
A przecież była nowiutka cieniutka etamina, było mało oczek, cieniutkie druty.
Powinno wyjść gładko, składnie i ładnie.

Skoro jednak nie wyszło, czy na prawdę trzeba było rzucić to całe dzierganie w cholerę?
Odpowiadam: NIE.

Etaminę i cieniutkie druty zostawiłam, zmniejszyłam tylko ilość oczek dla przodu (18) i tyłu (16), na dekolcie zrezygnowałam z półkola stawiając na łódkę, rękawy pozostały na oczkach 12-stu
I jaki efekt?



dla mnie jest na tyle dobry że zadawalający. Taki sweterek nie tylko akceptuję, ale jeszcze mi się podoba. Co zresztą widać na załączonych obrazkach, bo na fali zwycięskiej euforii powstał jeszcze czapeczko-berecik.

Nie dość że ma już jeden sweterek to jeszcze mając odpowiednie oczkowe wymiary mogę spokojnie ruszać do masowej produkcji kolejnych :).
I bardzo się z tego faktu cieszę.
Szkoda tylko że praca z szydełkiem jest mi obca.....

Przy okazji Beti bardzo ładnie w tym kolorze.

Z kolejnych pozytywnych wiadomości:
Już całkiem niedługo następna odsłona Kącika Pszczółki M. :) A ponieważ Pszczółka stała się posiadaczką kilku casual'owych kreacji, balówy, to czas na coś super  :) Szczególnie że do Pszczółkowej kolekcji dołączył bardzo niedługo nowa lala. A jak nowa lala to i obowiązkowo nowy sukienek.

Ostatnimi czasy tak się jakoś złożyło, iż szczęśliwie zostały mi podarowane trzy godzinki samotności :D Oczywiście wykorzystałam tą samotność bardzo produktywnie bo produkcyjnie.
No jest jak jest, czasu na szycie pod maszyną jak na lekarstwo, więc trzeba poważnie  pomyśleć już o Bożonarodzeniowym wpisie na święta i świątecznej sesji przy okazji. No i jakby mi ktoś w myślach czytał, darując te trzy godzinki.
Od razu Wam powiem, super jest taki spory kawał czasu dla siebie, a dokładniej dla swojego hobby, mieć. Rewelka. 
Jestem mega, hiper zadowolona z takiego obrotu sprawy.
Ale żeby nie było tak słodziutko, superancko i fantastycznie, na koniec wiadomość która zmrozi Wam krew w żyłach.
Mój domek nawiedził ostatnio kataklizm, a dokładniej king kong.
Straty nie do odrobienia.......

 


Dosłownie nie było co naprawiać........

poniedziałek, 7 grudnia 2015

"Lato" na jesień

Dzisiaj znów trochę photoshopa czyli ciąg dalszy mojej leśno-jesiennej sesji.

O przygotowaniach do sesji powiedziałam już wszystko w poprzednim wpisie. Wystarczyło tylko dojechać na miejsce....

Bo lalki na sesję można transportować na bardzo wiele sposobów.  Mogą podróżować wygodnie w swoich oryginalnych pudełkach. Mogą trafiać do toreb, torebek, plecaczków, kuferków. W moim przypadku, ponieważ często na plener dojeżdżamy rowerem, lalki pakowane są właśnie do plecaczka. Staram się wymyślać takie powody wyjazdów żeby właśnie plecak był nieodzownym i potrzebnym mi elementem.
Co jednak gdy na plecaczek czy torebkę po prostu nie można znaleźć uzasadnienia?
Do tej pory taki bezbagażowy wypad trafił mi się tylko raz. I rzeczywiście wyjątkowo trudno byłoby usprawiedliwiać zabieranie plecaka, a tymbardziej torebki, na wypad po wiadro piasku. Działo się to przy okazji sesji Diany w bikini na egzotycznej plaży Sahary :P :P.
Wtedy było mi o tyle łatwo, że zabierałam tylko jedną pannę, ubraną niezwykle lekko, plener był niedaleko a i wietrzna pogoda mogła usprawiedliwiać narzucenie na siebie bluzy. Wtedy to lalka, w pozycji horyzontalnej, została ukryta pod pasem spodni na tylnej części mojego ciała pod zbluzowaną bluzą. 
Tym razem lalki były ża dwie i to w pełnym odzieniu. Od czubka głowy do paluszków stóp. I choć teraz było jeszcze dużo zimniej, to w tym przypadku oznaczało to kłopoty. Znacznie trudniej jest schować lalkę pod jesienne, grubsze i bardziej dopasowane ubrania niż latem. A co dopiero obłożyć się w pasie lalkami w ilości sztuk dwóch. 
Jednak skoro opcja "z plecakiem" zupełnie nie wchodziła w grę trzeba było kombinować. To wykombinowałam, choć opcja do wygodnych nie należała :) 
Bo o ile chodzić z dwoma lalkami pod pachami jeszcze można, gorzej gdy trzeba wsiąść na rower i przebyć w pozycji zgiętej 2-3 kilometry.


Kłamać nie będę. Lalkowe buty nie raz gniotły w bioderka, ale co zrobić jak nic innego zrobić nie można.

W drodze powrotnej trochę się wycwaniłam. Ponieważ na dworze była już porządna szarówka wrzuciłam lalki do koszyka i sporą część trasy (wyludnioną z powodu objazdu) panny przebyły w koszyku :). Nie dość że mi było wygodniej, im też, to jeszcze sobie panny okolicę mogły pooglądać. Jedynie na ostatni etap drogi trzeba było się nieco rozebrać, chwilę pomarznąć, lalki w gatki znów wpuścić, wszystko ułożyć, zakamuflować i dojechać bezpiecznie do domu :)


Nie obyło się oczywiście bez drobnych wpadek.
1. Zapomniałam nitki.
Do tej pory w takich przypadkach sytuacje ratowało potrzymanie z własnych kosmyków włosów. Tym razem lalki były w czapkach.
Ogólnie muszę przyznać ze czapki to jedno wielkie błogosławieństwo. W ogóle nie trzeba się martwic o fryzuję lalki. Naciągasz beret i gotowe. Bez względu na to jaki lalka miała na głowie bałagan. Mało tego, jak się później okazało, czapki całkiem fajnie wyszły na zdjęciach, przynajmniej takie jest moje zdanie :).
Jedynie kiedy nie przygotowało się dodatkowych "konstrukcji podtrzymujących" nakrycie głowy może sporo utrudnić ustawianie modelki.
2. Braki w garderobie.
Oj w jaką panikę wpadłam kiedy dojechałam na miejsce, pojazd zaparkowałam, bluzę rozpięłam, lalki wyciągam, a tu ani jedna ani druga nie mają czapeczek. Potargane, poczochrane, bez nakrycia głowy i jakby tego było mało Diana jeszcze pobawiła się w Kopciuszka gubiąc jeden bucik.
Zimno, ciemno, a ja nie dość że sama w lesie to jeszcze zaczynam się tam rozbierać do rosołu(kogo obchodzi że w poszukiwaniu brakującej lalkowej garderoby).
No gdyby to ktoś zobaczył, to albo wariatka albo napalona szukająca darmowej okazji :D :D
Szczęście w nieszczęściu że i czapeczka i beret i nawet buty odnalazły się zaplatane w mojej koszulce. Ubrałam się, dopięłam i spokojnie mogłam zająć się sesją.
A oto ich efekt:

Kolekcja: no name
Modelki: Summer














Moim skromnym zdaniem w czapce Summer pokazała zupełnie nową twarz. Jakby przeszła jakieś liftingi czy inne operacje plastyczne. Ale w nowej twarzy bardzo jej do twarzy :)

Żałuję tylko strasznie że słońce postanowiło mi uciec i odmówiło zupełnie współpracy. Gdyby udało mi się je załapać na moich zdjęciach żaden photoshop niebyłby potrzebny.

piątek, 4 grudnia 2015

Jesienne porządki

No najwyższy czas było je zrobić.
Nie ma cudów, lato nie wróci. Zwiewne sukieneczki czas zawiesić w najdalszy i najciemniejszy kąt szafy, Przód, po raz kolejny zajmą barchanowe gacie :/.
Smutny to obowiązek, przykry, ale co zrobić.
Na matkę naturę nie ma mocnych.

Z bólem serca, z bólem głowy zabrałam się za to i ja.
Wszystko jest już prawie zrobione. Waciaki wiszą dumnie na wyciągnięcie ręki, nowy zapaszek do szafy powieszony (i znów polecam zapach "bawełny" z Pepco, tylko 2,99 a efekt pachnący), brakuje tylko czegoś antymolowego :)

Ale skoro swoje szmatki ogarnęłam wypadało zabrać się i za barbiuszkowy majdan.
Trochę się tego nazbierało, szczególnie że ostatnio zapanował tam duży chaos.
Ponieważ szczęśliwie moje lalki nie musi obowiązywać głupia zasada polskich czterech pór roku, ubranka posegregowałam według swoich kryteriów na pokazane - które raczej na blogu się już nie pojawią, pokazane - które mają dużą szansę na ponowne użycie, oraz takie które swojej premiery jeszcze nie miały. Trochę się tego uzbierało:





Nic dziwnego że to wszystko nie mieściło się do jednego kartonu. Porządki, a dokładniej generalny remanent, były już absolutną koniecznością.
Przy okazji, robi wrażenie co?
A może macie jakieś specjalne życzenia co do następnych sesji?
Muszę też wspomnieć przy okazji, i wcale nie są to obietnice gruszek na wierzbie, że kiedyś, prędzej czy później, trafi to w młodsze rączki. Jak tylko naciąganie tego wszystkiego na lale nie będzie stanowiło żadnego problemu.
Ale będzie uśmiech na twarzy, szczególnie mojej :).

Na razie jednak ubranka leżą u mnie i pochwalę się, że leżą w ładzie i składzie.

1. Te pokazane (do ponownego użycia lub nie):


2. oraz te które na swój pierwszy raz cierpliwie oczekują.


Na razie to na tyle. Pa, pa.

środa, 2 grudnia 2015

Jesienna aura

Odnoszę wrażenie, że ostatnio słabo u mnie z sesjami.
Logiczne i jasne, zważywszy na moje obecne warunki lokalowe, porę roku i coraz krótsze dni.
Ale staram się jak mogę i dlatego dzisiaj z wielką przyjemnością chciałabym zaprezentować efekt mojego leśnego wypadu pod koniec października. Jak na porę sesji przystało, tym razem zupełnie inne okoliczności przyrody, niskie temperatury, i totalnie inne stylizacje. Nawet las zupełnie inny, bo liściasty.

Jak przed każdymi świętami Wszystkich Zmarłych i tym razem poczułam wewnętrzny obowiązek pucowania babcinego grobu. Nie z miłości do niezbyt kochanej babuni, nie z powodu bycia zobligowanym do tych czynności poprzez pozostawienie mi cennych babcinych pamiątek, czy majątku, bo nic takiego do nas nie trafiło. Nawet nie z sentymentu.
W największym skrócie mówiąc, wszystkie najulubieńsze dzieci i wnuki mają to w nosie, łącznie z tymi którym przypadły w udziale rodzinne klejnoty, a ktoś to przecież zrobić musi.
No to jeżdżę z wiaderkiem i ściereczką posprzątać babciną ciasną kawalerkę, a raczej to co nad nią stoi. O tej porze roku zazwyczaj samochodem, bo to już i chłodno i wietrznie, czasem nawet mroźno. Tym razem jednak Polskie Koleje Państwowe wymusiły na mnie wybór rowera jako środka transportu. Ktoś genialnie wpadł na pomysł wyremontowania przejazdu kolejowego pod koniec października zamykając samochodom normalny i bezpośredni dojazd na cmentarz. Akurat na samo cmentarzowe święto- idiotyczne posunięcie.
Ja jednak, jako rasowa optymistka :P widziałam szklankę do połowy pełną. 
Nie było to też znów takie trudne. Słońce świeciło, wiatru nie było, warunki całkiem znośne. No a przy tym, co okazało się wyjątkowo istotne, miałam sporo czasu na podziwianie okolicznej przyrody. A jak przyroda to przecież teoretyczne plenery na zdjęcia, szczególnie że droga zamknięta więc z bardzo ograniczonym ruchem samochodowym. Trudno o lepszejsze warunki ;). 
Na a kiedy moim oczom ukazała się mała polanka usypana żółtymi liśćmi wiedziałam, że muszę tam wrócić z lalką i aparatem. Jedynym problemem było tylko znalezienie pretekstu kolejnej rowerowej wycieczki i trafienie na dobrą pogodę (oświetlenie).
Teoretycznie oba warunki udało się spełnić dzień przed świętem. Przecież trzeba było sprawdzić, czy przypadkiem droga nie będzie już przejezdna dla samochodów, szczególnie że w godzinach popołudniowych na niebie pojawiło się piękne słoneczko.
Rozsądny powód wycieczki był, idealna aura była, pomysł na stylizacje był. Ale tak jak to sobie sprawnie i gładko wymyśliłam w głowie, tak w realu wszystkie plany wzięły w łeb :D

Po pierwsze- kreacje.
Ambitnie założyłam że ofotografuję dwie lalki, ale że miały być to dwie niezależne sesje, stylizacje miały być także różne.
Jedną z nich miała być robiona na drutach beżowo szara sukieneczka, która jeszcze nie istniała. Należało ją tylko wydziergać ;).
Druga miała zostać stworzona na bazie zielonego płaszcza, którego kiedyś przestawiłam na zbiorówce okryć jesiennych :).
Niestety, pomimo wielkich chęci stworzenia sukienki, ostatecznie nie udało się jej na czas zszyć (a i tak dziś mogę powiedzieć że nic by z tego nie wyszło, bo sukienka jest za duża), dlatego musiałam wymyśleć jakiś zestaw na szybko. A żeby było zabawniej, w wyniku tej nowo powstałej presji zapomniałam o mojej zielonej bazie do drugiego stroju, dlatego i w tym przypadku przygotowałam coś zupełnie innego.

Po drugie- pogoda.
Rzeczywiście całe przedpołudnie i część popołudnia nie były słoneczne, dlatego sesję przekładałam na późniejszą godzinę. Jakaż radość mnie ogarnęła gdy nagle słoneczko zaświeciło w moje okno. Znaczy że jednak się doczekałam.....
I z tej radości.... potłukłam mój wielki wazon. Rozwalił się w proszek, proszeczek, proszuniek.
No przy dwóch kotkach buszujących po mieszkanku jak w zbożu nie mogłam sobie pozwolić na pozostawienie podłogi upstrzonej wałeczkami szkła i polecieć szybko na sesję. Szczególnie że przy moim pechu sama bym w to wlazła gołymi stopami raczej prędzej niż później.
Jak to posprzątałam, lalki odziałam, obułam i oczapkowałam okazało się że jestem samiutka w domu bo przecież trzeba było dokupić jeszcze kwiaty doniczkowe na pomniki.
Komórki zostawione w domu, brak kontaktu, a ja nie wiem czy ktoś zabrał ze sobą klucze. A słońce z minutki na minutę po prostu gasło w oczach.
I ta wewnętrzna walka.
Pojadę, zostawię otwartą kotłownię na wszelki wypadek i pojadę. A jak ktoś się włamie? Niby życiowe oszczędności leżą na koncie a nie w skarpetach  w komodzie, ale odrobine gotówki dobrze w domu mieć zawsze. 400 złotych niby nie majątek, ale lepiej je mieć niż nie mieć. Zostanę.
Tylko że słońce tak szybko blaknie......
Poza tym, kto by się włamywał do domu w biały dzień??!!
Pojadę. Lada moment ktoś przecież przyjedzie, mieszkanko nie będzie długo same. 
No ale jak tak zostawić drzwi niezamknięte.... to przecież kuszenie losu. Przede wszystkim rozsądek. Lubię lalki, jeszcze bardziej lubię je fotografować, ale nie do tego stopnia.
Z drugiej strony to gasnące słońce..... Tak rzadko ostatnio pojawia się na niebie. Kto wie, czy będzie okazja załapać się jeszcze na kolejne tej liściastej jesieni....'
Pojadę. Trudno. Jak się wychodzi z domu to trzeba pamiętać o kluczach. Będzie nauczka.... a dla mnie przy okazji opierdzielonko.
To nie pojadę. Poczekam pięć minut, a potem podejmę decyzję.

Oczywiście pięć minut przedłużało się o kolejną dychę, potem jeszcze o pięć minut.... itd. itd.
Kiedy ostatecznie wsiadłam na rower, słońce choć było jeszcze całkiem wysoko na niebie, przestało zupełnie świecić. Jakby zaginęło na niebiańskim firmamencie. 
I tyle miałam moich idealnych warunków, bo przecież nauczona doświadczeniem wiem, że choć na zewnątrz jest jeszcze całkiem jasno, w lesie jest dużo ciemniej- taka druga strefa czasowa :).
I nie na tym skończyły się moje podróżnicze przygody, bo znacie mnie już przecież na tyle żeby kłopotów ciąg dalszy przewidzieć :)
Ale o tym już przy okazji następnego wpisu.

Natomiast teraz chciałabym zaprezentować Wam Dianę

Kolekcja: no name
Modelki: Diana















Ponieważ, jak już pisałam, pierwotna koncepcja prezentacji nowych ubranek które chciałam Wam pokazać, z powodu mojej leniwości, nie została ukończona na czas, musiałam improwizować. Na dodatek pod lekką presją czasu. W takich okolicznościach wolę stawiać na rzeczy już wcześniej prezentowane. Tak dla spokojności, że nie schrzanię ich debiutu głupim czy niedopasowanym zestawem. Szczególnie że karton z "użytymi już" ubrankami miałam pod ręką, a ten jeszcze nieprezentowany stał wysoko na półce. Zdecydowanie łatwiej, szybciej i dużo bezpieczniej było mi sięgnąć po te już ofotografowane.
Stąd Diana dziś w zupełnym misz-maszu :)
Berecik swój pierwszy raz zaliczył w zeszłym roku podczas spontanicznej sesji ze śniegiem na balkonie. To wtedy miała swoją wielka premierę moja drutowa dłubanina.
Etola to wdzianko z kolekcji Urban Africa II.
Spodnie, świeżynka ze Sweet Flower.
No i tylko z bluzą mam kłopot. Nie dość że ją przy wciąganiu poprułam (uparłam się wciągać ją od dołu kiedy powinna być wciągana przez głowę), to nie mogę sobie przypomnieć kiedy została zaprezentowana, a dałabym głowę, że już ją widziałyście.

Niestety zdjęcia nie są takie WOW jak być powinny. Zabrakło tego zgaszonego słońca. Miało być słonecznie-żółto-ciepło, a wyszło szarówkowo-smutnawo-buro.
I stąd obecność photoshopa na zdjęciach.
Poza tym dawno go nie używałam, więc to też może być taka niezła odmiana :) :) :)

a na koniec cudeńko trochę przerażające i mroczne....
nawet nie wiem jak udało mi się to zrobić


 

poniedziałek, 30 listopada 2015

Płatek śniegu w szortach

Już przy prezentacji pierwszej "snowflake" szerzej opowiedziałam Wam historię tej kolekcji , a w zasadzie jej brak.
Jak widać, za oknem słońca brak, aura depresyjno-jesienna, mgły, szaro, buro i tylko wiatr nadzwyczaj aktywny.
No jak w tej sytuacji tworzyć energetyczną pozytywną kolekcję.....
Niemożliwe......
Więc zatrzymałam się ma jednej sukience:
(tak dla przypomnienia)

 

i...... kombinezonie? spodnium?
bo sama nie wiem jak to nazwać.

Wykrój znalazłam ostatnio w internecie  i tak sobie pomyślałam że spróbuje.
W zasadzie niewiele ryzykowałam, bo i tak z góry założyłam że "to coś" dosyć bogato i dziewczęco doozdobię.
Same nogaweczki nie leżą najlepiej bo marszczą się w kroku, za to z reszty jestem w miarę zadowolona, choć "ogonek" przeszywałam aż dwa razy a i tak nie jest to jeszcze perfekcja. 
Góra leży bardzo dobrze, uważam że dekolt jest świetny. Tak jak lubię. Na tyle duży, żeby wyeksponować trochę biustu, ale na tyle mały, że biust w zasadzie jest zakryty. A przy lalkowych piersiach to nie jest takie łatwe, bo moim zdaniem barbiucha jest posiadaczką skromnej miseczki B.

No i jestem zadowolona z samej sesji. 
Tylko nie wiem czy to moja zasługa czy raczej nowego towarzysza.
Za chwilę zresztą zobaczycie same.
No i dzisiaj niespodzianka, po raz pierwszy ta sama modelka prezentuje całą (hihihihihi) kolekcję.

Kolekcja: Snowflake
Modelki: Diana















Jak Wam się podoba dianowy towarzysz?
Moim zdaniem spisał się świetnie, możnaby nawet zaryzykować i powiedzieć że po rycersku :)
Choć zupełnie nie po rycersku w pewnym momencie zrzucił mi na głowę swój tasak, którego przez większą część sesji jakoś udawało mu się utrzymywać.
Oj było to bolesne doświadczenie. Tym razem bolesne dla mnie :)