wtorek, 20 października 2015

Pierwsza diorama

No i słowo ciałem się stało.
Mam w domu dioramę.
Niewypał, naturalnie, ale pierwsze koty za płoty, pierwsze nauki w głowie.

I tak w zasadzie niczego po niej nie oczekiwałam. Od początku traktowałam to jako eksperyment i okazję do nabywania doświadczenia w tym temacie. A gdyby się udało za pierwszym podejściem to raczej sama byłabym w wielkim szoku. 

Na dzień dobry kłopotliwym okazało się, przy tym projekcie, znalezienie odpowiedniego kartonu.  Po pierwsze, musiał być w miarę czysty, wystarczająco duży i niezałamany. Poszukiwania trwały tygodniami. W końcu wydawało mi się że trafiłam na coś odpowiedniego. 
Drugim kłopotem było znalezienie odpowiedniego papieru do pakowania prezentów jako tapety. Ani to okres komunijny, ani wielkanocny, tym bardziej daleko to Bożego Narodzenia, a w sklepach w zasadzie brak ładnych papierów. Większość ozdobionych jest księżniczkami, królewnami, misiami, Disney'owskimi postaciami albo autami. Nic z klasą.
Idę z wnioskami za daleko, czy naród polski postanowił obrzucać prezentami jedyne dzieci, zapominając i ignorując zupełnie osoby dojrzalsze??.
Nie powiem żeby mi się to podobało.

Faktycznie znalazłam coś ładnego i stylowego w emik'u. Dosłownie jedna jedyna roleczka. Jednak po 8,90 pln. Jak na próbę, która miała zakończyć się i tak porażką to duża kwota, ale przede wszystkim to nie był mój styl. Bogaty, barokowy bordowo-brązowo-złoty nadruk nijak pasuje do moich nowoczesnych mebelków. Musiałam więc zadowolić się półśrodkami (znów z Pepco za 1,99).
Jedynie z podłogą nie było żadnych kłopotów. Za 2,60 nabyłam odpadkowo-resztkową okleinę. Może również nie szczyt marzeń, ale jako podłoga, całkiem znośna.
Ponieważ dioramę robiłam po raz pierwszy założyłam, że karton wystarczy na dwa pokoiki (moja diorama ma mieć tylko dwie ściany - do zdjęć potrzebuję dużo światła, szczególnie że lampa w aparacie odmawia współpracy. Ustawiłam lalkę przy kartonowym boku i wymiary wydały się wystarczające.

Bez większego problemu rozcięłam pudełko po dwóch przekątnych bokach.
  

Ponieważ lalka jest tylko odrobinę niższa od pudełka postanowiłam ściany wydłużyć o górne zamknięcia.
Tak miał wyglądać mój pierwszy pokoik.



Wystarczyło tylko wytapetować, położyć podłogę i gotowe!
Ponieważ podświadomie liczyłam na kompletną porażkę zdecydowałam się nie obklejać dokładnie ścian, a jedynie przykleić punktowo taśmę dwustronną. Natomiast skoro miałam się uczyć i nabierać doświadczenia to poszłam na całość i wycięłam jeszcze okno.
Samo wycinanie to pikuś, ale jakie wymiary będą odpowiednie? Jak okna obrabiać? Szyba (a dokładniej pleksi) czy udający okno obrazek? Czy moje pomysły sprawdzą się w praktyce..... sporo rzeczy do przetestowania i przerobienia :)
  


Już od tego zdjęcia pora pracy była późna dlatego musicie wybaczyć ich jakość.

Jak widać "tapeta" to także nie jest jakieś szczególne cudo.
Jest nawet gorzej od moich założeń :/
Może na mniejszej powierzchni, gdybym dodała udawane panele na dolnej części, ta wzorzystość jakoś by się obroniła.
W takiej postaci dobrze to nie wygląda.
Natomiast samo okno jest całkiem, całkiem. I dobra wysokość i dobre wymiary. Nawet drewniana rama od wewnątrz wygląda dobrze i jest do czego przymocować okienko.
Z zewnątrz wygląda to gorzej, ale póki, powiedzmy, elewacja zewnętrzna jest niepotrzebna nie ma się czym martwić.
Gorzej gdybym chciała i tamtą stronę wykorzystać do sesji "zza rogu budynku" :).
W takim przypadku musiałabym zmodyfikować ramę. 
Ale jest to, na tą chwilę, bardzo daleka przyszłość.



No i wszystko wskazywało na to, pomijając oczywiście nieszczęśliwy wzór tapety, że diorama wbrew moim założeniom i wrodzonemu czarnowidztwu wyszła całkiem dobrze, łącznie z parapetem.
Byłam z siebie zadowolona.
(na zdjęciach brakuje jeszcze listew przypodłogowych i okno nie zostało jeszcze wstawione).



A skoro mam pokoik, mało tego, mam fajny pokoik, to czas zaprezentować ostatnio zrobione mebelki :) W końcu obiecałam.

Z dumą przedstawiam mój najświeższy fotel :)

 
oraz komódkę zrobioną z opakowania klocków domina.
Na uchwyty wykorzystałam prześliczne guziczki, jakie nabyłam niedawno bez konkretnego celu. Były tak ładne że postanowiłam je mieć, a takie cudo gdzieś się zawsze wykorzysta. I miałam rację :)



I jak Wam się podobają?
Prawda że wyszły całkiem dobrze?

No i zdarzyłam na sesję wstawić w domku jeszcze pleksi w ramę okienną





 
I choć zdjęcia są całkiem fajne, i choć pokoik wygląda na zdjęciach bardzo dobrze, i choć mebelki prezentują się w nim całkiem ciekawie i domowo, ta prezentacja odkryła bolesną i bardzo rozczarowującą prawdę, ......
 


diorama jest za mała !!!!!!!!
Jeśli postawimy w kącie samą lalkę to powierzchnia ścian jest bardzo duża, na pewno wystarczająca. Ale jeśli wstawi się tam lalkowe mebelki wyjdzie ogromna ciasnota.
Moje kanapy są przynajmniej dwu i pół osobowe. Nie zmieszczę w dioramę żadnej z nich. Już sama malutka komoda i skromny fotelik zawładnęły całą powierzchnią pokoju. O czymś większym nie ma mowy.

A wystarczyło tylko porzucić podejście wersji oszczędnej i zużyć 4 boki kartonu na stworzenie dwóch ścian :P. Naturalnie mogę to jeszcze poprawić i lalkowe M1 powiększyć. Nic straconego. Jednak czy jest tego sens?
Naprawdę martwią mnie przyszłe wymiary dioramy. Obecna jest na tyle mała że spokojnie mogę ją w szafie bezpiecznie upchnąć i w zasadzie nikt jej nawet nie zauważy a i mi nie wadzi. Natomiast powiększony kolos trudno będzie nie tylko schować ale i przetrzymywać czy chociażby wyciągać. 

Jestem w kropce i nie wiem co z tym zrobić.
Muszę się z tym przespać.

poniedziałek, 19 października 2015

Drugi fotel & komoda - zapraszam do Pepco

Myślę nieskromnie, że w temacie foteli zanotować u mnie można sporą poprawę.

Na sam początek pierwszy, zdecydowanie, niewypał, który postanowiłam dołączyć w ramach przypomnienia czy odświeżenia pamięci.

W ramach odświeżenia pamięci chciałabym też tylko napomknąć, że rok temu, dokładnie w tym samym czasie, przesadzałam kwiatki w krótkich spodenkach i t-shirt'cie a w tym musiałam już wyciągać z pudełek zimowe obuwie, bo balerinki nie dawały rady. W ogóle ten rok pogodowo jakiś jest taki fatalny. Strasznie długo nie chciała przyjść wiosna, lato było bardzo krótkie, za to jak przyszło, żar lał się z nieba niemiłosiernie, czasem w towarzystwie tak silnego wiatru że aż mi parasol złamało na balkonie. Polskiej złotej jesieni też brak. Zimno, mokro, szaro. Od tygodni nie widziałam ani centymetra słońca. Jeszcze trochę a zapomnę jak ono wygląda. Beznadziejny ten 2015. Mam nadzieje, że przynajmniej zima mnie nie rozczaruje i tak jak rok temu poskąpi nam śniegu.

Ale do foteli wracając.... 



Teraz, po takim wstępie, w zasadzie cokolwiek bym Wam nie zaprezentowała i tak musi wyglądać lepiej niż tamten koszmarek.
Ale zapewniam, że nawet bez tego porównania mam się czym pochwalić.

Zamarzyło mi się coś na podobieństwo poniższego fotela:


 źródło: www.starychmebliczar.pl

Niekoniecznie coś bardzo podobnego czy wręcz identycznego.
Chciałam stworzyć taki uwspółcześniony model z lat 70-tych.
I tym razem, jak po sukcesie białej jajowatej sofki, zaczęłam od wykroju :)
Wykrój jest zaprojektowany własnoręcznie przeze mnie :)

Zaczęłam od wykrojenia sztywnej formy z bambusowej podkładki, do których docięłam elementy z tekturki - ale bardzo elastycznej (użyłam do tego opakowania po chusteczkach do demakijażu) ponieważ muszą się one wyginać  z bambusem w półkole.



Oparcie bambusowe okleiłam tekturą z zewnątrz i wewnątrz.
Po pierwsze, bałam się że "goły" bambus od zewnątrz mógłby się nieestetycznie odbijać na materiale nie tylko pionowymi deseczkami ale również zielonym kolorem ponieważ obicie będzie białe.
A o drugie dwie warstwy tektury dają większą pewność dobrego przymocowania oparcia do siedzenia. Zarówno od spodu jak i z góry



Mając wykrój, bez problemu mogłam wyciąć materiałowe obicie.
Użyłam do tego resztki materiału które zostały mi z jajowatej sofy (poszewka na jaśka zakupiona w Pepco). Głownie dlatego, że chciałam zrobić z nim porządek, czas zacząć pozbywać się wszechobecnych resztek, ale muszę tu znów podkreślić, że jest to genialny materiał do szycia ręcznego. Warstwa pluszu zupełnie maskuje szwy i serdecznie go wszystkim produkującym mebelki polecam. Z pełną odpowiedzialnością.
Dlatego i tym razem nie bawiłam się maszyną.
Przykleiłam materiał na oparcia tak żeby mi nie "jeździł" i spokojnie, szybciutko, z perfekcyjnym dopasowaniem pozszywałam wszystkie części, łącznie z siedzeniem.
I zaliczyłam przy okazji drobna wpadkę, która wymusiła niestety lekkie prucie i zszywanie na nowo.
Nie podkleiłam materiału pod spód fotela. To spowodowało że doklejane nogi nie trzymały pionu, a dokładniej nie trzymały siedzenia w poziomie. 
Zdarza się :), u mnie nagminnie :)
Dlatego musiałam nogi nie tylko doklejać ale i doszyć.
I tu kolejny problem. Siedzenie też jest usztywnione bambusowym elementem. Trafienie igłą w przerwę miedzy deseczkami (dodatkowo jeszcze z warstwą tektury) było tak trudne ze wręcz niemożliwe. Dlatego podprułam jeszcze część siedzenia i mogłam już spokojnie trafiać w te szparki. 
Nogi doszyłam, siedzisko się  zadawalająco usztywniło, mogłam ponownie obicie zszyć i  cieszyć się sporym sukcesem :)

A, zapomniałabym o nóżkach.
Uczywiście w tej roli ukochane ostatnio przeze mnie kołeczki. Ponieważ pojedynczo były za krótkie, posklejałam je wcześniej po dwie sztuki. 


Piękną wersję gotowego mebelka zaprezentuję wkrótce. 
Nie dlatego że się bawię z Wami w kotka i myszkę, po prostu dziś chciałam pokazać Wam coś jeszcze :)
Super komódkę własnego przerobienia też dla mnie w klimacie lat 70-siątych unowocześnionych.

Dzisiaj tylko genialne produkcje :)

Znów roli głównej Pepco :)
Ja naprawdę muszę pomyśleć nad kontraktem reklamowym z tą siecią :P
Jeszcze tylko ze trzydzieści tysięcy więcej obserwatorów bloga i mam czym negocjować ;D ;D ;D

Wracając na ziemię.
Nie pamiętam czy się Wam już chwaliłam tym zakupem. Było to jakiś czas temu, dlatego nie pamiętam ceny klocków domina. Ale na pewno nie były to duże pieniądze. Inaczej bym nie kupiła :P

Domino kupiłam dla zawartości. Liczyłam na to że zrobię z nich fajne krzesełka dla lalek. A ponieważ pudełko było oryginalnie zafoliowane, trochę kupiłam kota w worku. I mówię to z pełną świadomością. Bo klocki domina (czy jak to się zwie) choć są bardzo starannie wykonane, estetyczne, z wyraźnymi kolorowymi obrazkami, to na krzesła lalkowe nie nadają się absolutnie. Nie te wymiary.
Ale nie martwiłam się, bo i pieniądze nie wielkie i na pewno jeszcze kiedyś uda się je do czegoś wykorzystać.
Więc leżało sobie domino cichutko w komodzie, aż je wyciągnęłam ostatnio i genialnie zauważyłam że klocki jak klocki ale samo opakowanie to przecież piękna komoda dla Barbie'szków. 

No tylko same/sami spójrzcie.



Solidne, drewniane (sklejkowe) otwierane. Nawet mogą pomieścić lalkowe skarby w środku. A że otwieranie nieco mało tradycyjne :)
Zapewniam że ani moim lalkom, ani waszym nie będzie to w cale przeszkadzać.
Obrazek odkleiłam - i tu jeden minus - są fragmenty z których naklejka nie dała się po prostu usunąć.
Druga sprawa, która mi osobiście nie przeszkadzała, ale wolę uprzedzić.
Choć pudełeczko ma bardzo ładny jasny kolor drzewa, którego nie trzeba w ogóle malować, tak front, po pozbyciu się tej naklejki, jest chropowate i przede wszystkim nakropkowane pozostałościami kleju na całej długości. Więc chcecie czy nie, z frontem trzeba musowo coś zrobić. 

Oczywiście możliwości są prawie nieograniczone :)
Można front okleić naklejką (kupuje się takie na metry w każdym markecie budowlanym czy sklepach z tapetami) i zrobić tym samym mebel na wysoki połysk.
Można okleić lustropodobną naklejką.
Można pomalować farbkami akwarelowymi.
Można okleić dociętymi na wymiar wykałaczkami i zrobić z tego mebelek bambusowy.
Ja postawiłam na minimalizm pociągając wszystko białą farbką.
Od lat mam słabość do białych mebli, a poza tym to bardzo uniwersalny kolor i będzie pasował do wielu moich lalkowych kanap. I tych które już mam i tych które będę dopiero miała.
Ale nie wykluczam w przyszłości próby z białą i szarą naklejką na stworzenie mebelków lalkowych na wysoki połysk. Muszę tylko sprawdzić jak naklejka zachowa się przy nierównych powierzchniach.
Bo oprócz pozbycia się naklejki czekała mnie jeszcze poważniejsza praca. Zależało mi żeby komoda wyglądała bardzo realistycznie. A żeby tak się stało postanowiłam stworzyć atrapę drzwiczek i trzech szuflad.
Wzór narysowałam na sklejce ołówkiem, a ponieważ nie miałam ani fajnego cieniutkiego pilniczka, ani tym bardziej wąziutkich dłut do pracy w drewnie musiały mi wystarczyć stare nożyczki.
Piłowałam, piłowałam aż w końcu wypiłowałam :)
Nie było nawet trudno (choć nie wygląda to "jak spod igły" czy spod dłuta). Sklejka okazałą się bardzo mięciutkim tworzywem.
Tak to mniej więcej wyglądało:


A ponieważ nie mam zdjęć kolejnych etapów metamorfozy dzisiejszy wpis muszę zakończyć na tym, natomiast już teraz zapraszam na śledzenie kolejnego wpisu, gdzie komoda zostanie zaprezentowana w całej krasie :)

piątek, 16 października 2015

Moja pierwsza bezczelna sesja

Zrobiłam to.
Poszłam na całość. Na oczach gapiów sfotografowałam Darię.
Ale łatwo nie było :)

Chyba po prostu rzeczywiście mam coś, co przyciąga do mnie ludzi jak magnes, albo ludzka ciekawość i wścibskość zaczyna osiągać apogeum.
Nie wiem czy to przez wszechobecne reality show ludzie nagle poczuli że muszą się strasznie interesować życiem ludzi, nawet tych nieznajomych.

Wybrałam się ostatnio na zakupy. Tak bardzo wygodna jest mi opcja rowerowa że staram się z niej korzystać póki jeszcze pogoda na to pozwala.
Tylko że skoro już raz udało mi się pstryknąć parę fotek moim lalkom "na mieście", dlaczego by pomysłu nie powtórzyć...
Jednak teraz już bez żadnego ciśnienia, bez presji. Priorytetem były przecież i tak zakupy. A jeśli przy okazji znajdę fajne miejsce na plenerową sesję....
Zabrałam ze sobą tylko Darię.
Po pierwsze podczas zakupów każdy centymetr sześcienny powierzchni pakowalnej może się okazać na wagę złota, po drugie więcej niż jedna lala byłaby dużą pokusą do kombinowania dwóch sesji, a to już presja, i po trzecie wiedziałam że bateria w aparacie lada moment może zacząć migać na czerwono więc dwóch sesji mimo największych chęci i tak nie obskoczę.

Daria zaprezentuje mój najnowszy zakup poboczny :P (chodzi o buty które dołączone były do okularów). Tak je skrytykowałam a przy pierwszej lepszej sesji wciągam na girki :)
No taki ze mnie przewrotowiec.
No może nie taki, po prostu kolor dopasował się świetnie do stylizacji, a skoro już je mam, to niech sobie lalka pohasa w nowym obuwiu, nie będę jej żałowała :)
Szczególnie ze to takie pierwsze sportowe buciorki.
A skoro był to wypad czysto zakupowy, bez żadnej francji-elegancji i właścicielka Darii, czyli ja, miałam na sobie sportową blue kamizelkę postanowiłam w tym stylu i tych barwach odziać i Darię.
Gdyby coś nas gdzieś grzmotnęło na pasach czy drodze, dobrze będzie wiedzieć, że odnaleziona przy mnie lalka będzie chociaż pasowała do mnie kolorystycznie :D
Body to efekt mojej ostatniej masowej produkcji. Lubię ten nadruk w delikatne kropeczki. Szkoda tylko że nie są we wszystkich kolorach świata a tylko niebiesko-różowe, ale przecież wszystkiego mieć nie można :) 
Spódniczka to też debiut na blogu. Miała być taka fajna z półklosza, ale chyba przesadziłam z szerokością. Patrząc na nią aż marzy mi się taka tradycyjna rurkowa wycieruska najlepiej jeszcze powycierana. I zrobi się jeszcze, zrobi.
W głowę już weszło i nie ma odwrotu :D :D :D 
Sweterek - chciałam żeby było trochę jesiennie i coś nie pasowało mi układanie się spódniczki na górze - podkradłam z kolekcji 50shades



Słów parę o samym powstawaniu sesji opowiem zaraz, bo może ktoś skusi się na odpowiedź gdzie sesja miała miejsce :)

Zatem zapraszam do oglądania:

Kolekcja: no name
Modelki: Daria








 
Głupio mi się tak samej wychwalać i komplementować, ale podoba mi się to wycięcie z tyłu body :)







 
Jakieś pomysły?
Jakieś sugestie?
 
To mała podpowiedź
 
 
Znów po raz pierwszy w życiu, postanowiłam przejechać się ścieżką rowerową wzdłuż rzeki, choć wiem że na razie (jak wiele ścieżek rowerowych w naszym mieście) prowadzi do nikąd. Jadąc mostem zauważyłam że jest tam pusto, trawka ładna, bujna, zielona, słońce świeci, burzowe niebo nad nami.
Kilka zdjęć mogłoby się udać. I nawet kusiło mnie żeby cyknąć Darii kilka fotek na zielonej trawce, ale ani nie zabrałam mojego grzybowego koszyka (tym razem byłby piknikowy), ani kocyka, i nie miałabym tyle odwagi żeby na pustym polu hasać po niewyznaczonym do tego miejscu, a na dodatek jeszcze rower który samodzielnie nie stoi :).
Coś innego się wymyśli. Jadę więc sobie dalej, spokojnie, wolniutko, a tu naprawdę ani żywej duszy. Mówię sobie raz kozie śmierć. Obok mnie murek, widok na rzekę, rozmyślnie stanęłam tak by do najbliższych ławeczek było sporo drogi (na wszelki wypadek by nikomu nie przyszło do głowy rozsiąść się wygodnie na jednej z nich i udając relaks i wypoczynek podglądać moją sesję).
Tylko zsiadam z roweru a tu ruch się wzmaga. 
Jakby w moim przypadku nie było to do przewidzenia.
No to stoję przy rowerze, grzebię sobie w plecaczku, poprawiam Darii fryzurę, wieszam nitkę na szyi. Rowery się rozjechały spacerkiem idzie dziad.
Gram dalej na zwłokę, zdejmuje moją blue kamizelkę, pakuje na różne sposoby do koszyka, dziad oddala się wystarczająco, mijając nawet i tak daleko położoną ławeczkę. Myślę sobie że już pójdzie, co go obchodzi dziewczyna minięta 150 metrów temu. Wyciągam lalkę, wyciągam aparat, ustawiam Darię do pierwszych zdjęć a dziad się zawraca.
Szlag by GO trafił. Co za wścibski element. Czy chęci podglądania innych rosną proporcjonalnie do wieku u wszystkich??!!
Co robić?. Pstrykać fotki dalej czy jak jakiś przestępca ukradkiem i nerwowo chować wszystko w pośpiechu i uciekać przed siebie?
Przecież nie robię niczego złego do cholery. Ani tym bardziej zabronionego. Jedni robią zdjęcia kobietom, inni ptaszkom, motylkom, kwiatkom a ja mogę lalkom. Postanowiłam pozostać, choć serce to myślałam że mi żebra połamie. Znalezienie publicznego miejsca które jest w stu procentach puste i takim przez całą sesję pozostanie jest niemal niemożliwe. Jeśli ucieknę teraz, to uciekać będę do końca życia. Trudno. Niech sobie dziad myśli co chce. I nawet niech stanie mi prawie pod nosem z tej swojej wścibskości. Co zaczęłam dokończę.
Dziad ostatecznie nie okazał się na tyle wścibski by pod nosem stanąć, ale z wystarczającej dla siebie odległości (zapewne dalekowidz :D) oglądał co robię do końca. Trudno jego wybór.
Ja przynajmniej się przełamałam. I to na tyle żeby dwieście metrów dalej robić kolejne zdjęcia olewając dokładnie faceta-rybaka który dosłownie przechodził przy mnie. 
 
To w takim razie gdzie następna sesja?
W kościele? A może zmałpować Steczkowską i wybrać się na cmentarz.... Nie, to za bezczelne i za bezmyślne nawet jak dla mnie :)
 
 

środa, 14 października 2015

Kotełki odpicują ci kanapę, czyli tonący poduszki sie chwyta

Jak mi to wychodzi nie wiem, ale przynajmniej staram się być sprawiedliwą i obiektywną.
Również jeśli chodzi o osobistą, radosną twórczość w lalkowym obszarze. I tak sobie pomyślałam, że choć moja nowa musztardówa (tak nazwałam najnowszą kanapę) nie jest cudem, nie jest nawet  dobrym projektem to i tak potraktowałam ją krzywdząco ostatnią sesją. W zasadzie zdjęcia powstały z najmniej reprezentacyjnych stron tej sofy, ukazując tylko i wyłącznie mankamenty a ona potrafi wyjść całkiem nieźle na zdjęciach.

Szczególnie że.....
powstały do niej poduchy. 
Nie dlatego żeby mebelek ratować , zapewniam.
Musztardówa od początku miała współgrać z czarnymi akcentami. Tak miało być i koniec. A skoro nie mogłyby być to czarne nóżki (jak w tej pięknej ławie w oryginale)  musiałam wykombinować coś innego. Mam czarny sznurek który został mi jeszcze z produkcji kremowego szezlonga, ale przecież o to chodzi żeby nie zarzucać się kopiami. 
Kanapa miała być prosta, kwadratowa i nowoczesna, trudno w takiej sytuacji o jakieś szczególne ozdobniki.  Zawsze jednak pozostają poduchy.
A że wyszywanie w mini rozmiarze bardzo mi się podoba zarówno w pracy  jak i efekcie końcowym, czarna mulina w domu leży. W sumie dobry pomysł.

I wcale nie zajęło mi to dużo czasu.
Czy kanapa wygląda dzięki nim lepiej?
Nie sadzę.
Ale nadal uważam, że należało się jej kilka ładniejszych ujęć, podkreślających jej walory.
I uważam, ze tym razem mi się to udało.
A pomagała mi Daria w kombinezonie z kolekcji Urban Africa II









Ale sam tył i sam przód wygląda całkiem dobrze, co?

No i te czarne kociary na musztardowym tle :)
Daję sobie za nie "like"

poniedziałek, 12 października 2015

I jeszcze raz zielono mi

Choć na dworze robi się raczej żółto-brązowo u mnie ciągle jeszcze lato :)
Nie tylko na zdjęciach, ale zdecydowanie na sukience, choć możnaby powiedzieć, że ta kreacja muśnięta już została palcem jesieni :).

Pamiętacie jeszcze kolekcję zielono mi?
Duet nienajgorszej letniej sukieneczki którą zaprezentowała Summer (dzięki ci Panie za koraliki i inne paciorki które udźwignęły tamtą kreację) oraz chrząszczowy pancerzyk / ciążówkę-koszmarek ubrany przez Darię?
Ten sam, który po przeróbce i doozdobieniu miała na szybkiej sesji Diana.

To dziś mamy króciutką kontynuację tego zielono mi. Króciutką, bo udało mi się uszyć (i naturalnie zaprojektować :P) tylko jedną sztukę z tego materiału i raczej ostatnią w tym roku.
Nie sądzę, żebym przy takiej pogodzie na dworze zasiadała do szycia palmowych nadruków, choć z drugiej strony to właściwie powinien być najlepszy do tego czas.
Przecież zimą prezentuje się kolekcje na wiosnę i lato i przecież zimowa pora jest najbardziej sprzyjającą do siedzenia przed telewizorem i naszywania korali, koralików, cekinów czy innych zdobień. 
Ale to nie dla mnie. Zniechęciłam się do tego materiału, jest strasznie smutny i wymagający, więc długo jeszcze nie poczuje na sobie moich rąk czy nawet wzroku.
I jedynie z dzisiejszym modelem nie miałam większego kłopotu.
Do sukienki wykorzystałam mój sprawdzony i tak bardzo polubiony ostatnio wykrój. Tym razem też się udało :)
Wystarczyło dorzucić trochę błyskotek - patent też już przetestowany - i efekt jest zadawalający :) 

Na początek całe trio (w ramach przypomnienia), pomijając oczywiście tą pierwszą koślawinkę. Sodówa i tak mi raczej do głowy nie uderzy a akt samokrytyki miał już miejsce podczas pierwotnej sesji :P


I gdyby się tak uprzeć, to mogłabym powiedzieć że cała kolekcja przemyślana była w najdrobniejszych szczegółach.
Zielono mi w wersji Summer to wczesne lato. Wszystko rozkwita wybuchając ferią wyrazistych, nasyconych barw stąd ten wielki akcent czerwieni, to jeszcze czasami zimne poranki stąd zachowawczy i zabudowany, jak na tą porę roku, krój. 
Następna była Diana z latem w pełnej krasie. Spomiędzy zieleni wybija się świecące najmocniej w tym czasie żółte słońce, pojawia się błękit tak pożądany w upale dla ochłody. Krój sukienki jest też bardziej odważy, bardziej frywolny (i trochę ryzykowny :D)
I znów Summer, jako klamra zwieńczająca mini kolekcję prezentująca schyłek lata. Już w stonowanych barwach, gdzie żywotna zieleń zastępowana jest powoli brązami, bardzo zachowawcza, bardziej formalna, dostojna, poważna, chłodna, zakrywająca coraz więcej.

Ale upierać się nie będę :)
A ta cała historyjka powstała teraz, zainspirowana tym mini kolażem :)
Po prostu tak się udało.
Ale sukienkę ciągle lubię :)

Jednak jeszcze zanim się skupimy na tej zamykającej klamrze jeszcze ostatni oddech lata - podczas robienia sesji udało mi się złapać pszczółkę. Może nie najlepiej ją uwieczniłam, ale ewidentnie nie chciała zostać sfotografowana. Nie wiem czy po prostu nie lubi aparatów, czy jest jakimś ulowym zbiegiem próbującym zachować anonimowość, czy po prostu jest nieśmiała.
A że moje lalki żywotne szczególnie nie są, aparat nigdy nie jest nastawiony na wersje "w ruchu" stąd ten rozmazany obraz robotniczki.
Za to turek wyszedł wyśmienicie



I teraz pozostaje mi już tylko zaprosić na podziwianie ostatniej letniej sesji w tym roku :)
Niestety :(

Kolekcja: Zielono Mi / Feeling green
Modelki: Summer













 
Naprawdę muszę czekać znów prawie 12 miesięcy na lato ???!!!