wtorek, 14 lipca 2015

Slaba elsa

I mam kłopot.
Oczywiście nijak się to ma do globalnego ocieplenia, okrucieństwa wojen jakie toczą się pod naszym nosem, skrajnej nędzy w jakiej żyje duża część ludności, czy malutkich tragedii dotykających każdego dnia konkretnego człowieka. 
I w zasadzie to powinno być na tyle, bo tym wstępem skutecznie zamknęłam sobie temat.
 
Jednak spróbuję.
Przecież po to powstał ten malutki "fashion B świat" żeby można było choć na chwilę zapomnieć tu o kłopotach, smutkach, złu czy niesprawiedliwości.
Tutaj niegodziwość świata może objawiać się tylko w kiepskim scenariuszu kolejnego obejrzanego filmu, złośliwości nieukładającej się sukienki czy płaszczyka, stawianiu się okoniem lalek podczas sesji  lub ewentualnie niegodnych zachowań znanego mi otoczenia.
Więcej zła dostępu tu nie ma.
 
No i okazuje się w swoich szeregach mam taką jedną okoniową stawiaczkę.
Żałuję że nadałam imię Elsie. Jako beztożsamościowa była łatwiejszym materiałem do eksperymentów.
Łatwiej oderwać głowę czy kończyny kupie (odpowiednio) połączonych plastikowych części niż pozbawić życia Elsy.
Próbowałam wmawiać, przede wszystkim sobie, że tak źle nie będzie. Anja przecież gwiazdą od dnia pierwszego też nie była. Pamiętam dziesiątki wyrzucanych zdjęć, wkurzanie podczas jej ustawiania i latania z aparatem w każdą stronę poszukując dobrego kąta nachylenia czy lepszego profilu, jak to określa moja siostrzyczka "chocolate side".
Lalka była nie tylko na cenzurowanym, ale nawet dostała czerwoną kartkę i sesję ostatniej szansy. A dziś? Przed obiektywem pojawia się równie często co jej fotogeniczne psiapsióły.
Liczyłam na to że powtórzymy ten schemat z Elsą. Jednak im dalej w las (w moim przypadku w ogródek) tym ciemniej, bardziej ponuro i beznadziejnie.
Przez nadanie imienia mam się z nią bujać przez kolejny rok....... :/
I to na dodatek podwójnie wkurzająco. Bo przez tą, po raz pierwszy wkurzającą brzydką gębę, w niczym ładnie jej nie jest, to na dodatek po raz drugi przez tą wkurzająco brzydką gębę takiego pięknie sztywnego ciałka wykorzystać do pozowania nie można. 
A jakby tego mało było, twórcy-ojcowie od koszmarnego makijażu, postanowili skrzywdzić ją wyjątkowo skutecznie, bo tego gówna z twarzy  za cholerę nie można zmyć. Pierwsza lalka na rynku z permanentnym makijażem, cholera!.
Na zdjęciach jednak tej mojej nierównej walki nie zauważycie. 
Sesja odbywała się przed "poprawkami"
Łudziłam się że inne otoczenie, inna pora dnia,  matka natura i niezwykle sprzyjające okoliczności przyrody pomogą wydobyć piękno Elsy. Szczęśliwie udało się jeszcze wynaleźć biało-fioletową sukienkę.
Więcej zrobić już nie mogłam. Użyłam wszystkich dostępnych środków żeby dziewczynie (sobie też przy okazji) pomóc, ruszyłam na bitwę i ...
Przegrałam.
Z kretesem. 
I nie mam już wyjścia czy innego koła zapasowego.
 
I wcale nie przesadzam. Popatrzcie zresztą same.
Zdjęcia wystarczą za tysiące słów.
 
Kolekcja: no name
Modelki: Elsa
 



Nawet strumyk na jej widok zrobił się jakoś mętno-odrzucający.








Straszna jest ta twarz.
Gdyby nie to zdjęcie z makiem - ciekawostka: maki też potrafią być w kolorach wrzosu :) - Elsa nie miałaby nawet jednego przyzwoitego zdjęcia.

:(

Czeka nas bardzo trudna i wydaje się że ostateczna przeprawa. Trudno 

niedziela, 12 lipca 2015

Czerwone korale

Dziś Was chyba zaskoczę.
Nie modelką - w tej wersji czerwonousta Ania.
Nie sesją - po raz kolejny zbiorę was w ogródkowe rejony.
Nie butami - nadal nie ma takiej siły która zmusiłaby mnie do odkopania lalkowej komódki z obuwiem. I przy okazji przyznam się jeszcze że udało mi się także zakitrać prezentowe czerwone pantofelki. Pamiętam tylko że włożyłam je w na tyle bezpieczne miejsce żeby nie trafiły w niepowołane ręce, żeby się nie zagubiły i żeby łatwo było je odnaleźć. Jednego warunku nie spełniłam, bo Ania nie mogła ich wygrzebać na swoją sesję. 
Zostaje stylizacja.
Sama mam co do niej mieszane uczucia. Kiedy patrzę na te zdjęcia czasem bardzo mi się to podoba, ale są momenty że uważam to za przebranie Ciotki-Klotki.
Ale co zrobić kiedy baba się uprze i to na dodatek na kolor czerwony.
A się uparła !!!! Bardziej niż osioł.
I nawet ja nie mam pojęcia dlaczego tak mnie wzięło na tą czerwień, skoro wiem że ubranka w tym kolorze to zdecydowanie towar deficytowy u moich lal.
Ale ja żywemu nie przepuszczę. Walnęłam wszystkie ubranka na kupę tworząc rytualny kopiec i zaczęło się nurkowanie w poszukiwaniu czerwono-pochodnych.
 
Bluzeczka a raczej komin jest całkiem OK - jeden z moich ostatnich tworów :) ale co do dołu mam zastrzeżenia. Gdyby spódniczka była krótsza wszystko byłoby super genialne (przy okazji mam już cel na kolejną kreację - plisowanka w wersji mini), a tak stylizacja może być kontrowersyjna.
 
Co tam. W końcu to blog o fashion, a fashion to modowe eksperymenty, a  modowe eksperymenty to zabawa modą i poszukiwanie nowych stylów. I kto wie, może właśnie jestem prekursorką stylu "retro-punk".
Bo dla mnie to dla mnie trochę takie lata sześćdziesiąte pomieszane z Jarocinem :)
 
Żałowałam tylko, że na dzień robienia sesji nie doczekałam się czerwonych truskawek na krzaczkach. Przyznam, że bardzo na to liczyłam :(
 
Ania i jej czerwone usta spisały się wzorowo, na świadectwo z paskiem - również czerwonym :)
 










P.S. wielki szczypior na zdjęciu wygląda jak co najmniej egzotyczny kaktus ze śródziemnomorski rejonów :)

piątek, 10 lipca 2015

Anja w różu

Powtórzę się po raz kolejny bo nawet powinnam.  Jak nawet mógł mi przejść mi przez głowę pomysł żeby pozbyć się takiej pięknej dziewczyny. Byłam ślepa czy jak???
A propos ślepoty, bo chciałam tak przy okazji zahaczyć znów o Pana Greya. Dziś jednak nie o filmowej adaptacji, nie o nowej książce (też zrzynce Twilight'owej) ale o aktorze chciałam rzec słów kilka.
 
Sama będąc dziewczynką marzyłam o zostaniu aktorką.
Ten cudny wachlarz możliwości. Mogłam być mordercą psychopatą, genialną uczoną, błyskotliwą dziennikarką, chorą nieuleczalnie panią doktor, odkrywającą geniuszy nauczycielką liceum, obłąkaną wariatką czy nawet seksowną wampirzycą. Wszystkim.
I trzymałam się tej myśli dość długo, do czasu, kiedy okazało się że aktorka musi czasem błysnąć gołą piersią, nagim pośladkiem czy stanąć przed kamerą jak ją Pan Bóg stworzył. No nie do przejścia. Szczególnie że większość tej golizny wcale dla fabuły niezbędna nie jest. Po prostu goła cycka sprzedaje się tysiąc razy lepiej niż cycka przykryta bluzką.
Oczywiście dla mnie osobiście aktorstwo zostało nieodwracalnie wymazane z listy zawodów marzeń, ale przez pryzmat tego zaczęłam się zastanawiać nad Dakotą i Jamie'm.
I o ile jego ekshibicjonizm w roli kończył się na kilku ujęciach gołej pupy i jednorazowym pokazaniu wierzchołka swojej męskości, tak Dakota......
aż trudno się nie zaczerwienić myśląc o tych wszystkich scenach z całkowitą golizną.
Ale o ile mogę dopuścić do swojej świadomości, w przypadku Dakoty, listy wielu argumentów za udziałem w projekcie (argumentów które i tak do mnie samej by nigdy nie przemówiły) tak nie rozumiem decyzji Jamie'go.
Ona nieznana w branży, widać że aktorsko też nie zachwyca, trudno o lepszą szansę spektakularnego debiutu, czy szansy na zalśnienie choćby miało to trwać tylko pięć minut. Wyjątkowo ryzykowny i jak dla mnie zbyt kosztowny początek, ale co ja tam wiem. Podobno jestem dziwakiem.
Za to filmowy Pan Grey?
Nagroda dla najlepszego aktora telewizyjnego, za najlepszy nowy talent a po tym rola niewyżytego bogatego palanta dewianta? I to w mało ambitnej produkcji?
Próbowałabym zrozumieć gdyby na taką propozycję przystał Pattinson. Po słodko pierdzącym, odpowiedzialnym do zrzygania, cnotliwym i prawym Edwardzie facet mógłby chcieć się odciąć od zmierzchowego wizerunku. Otoczenie pejczy, sznurów i ostrego pie***nia mogłoby mu w tym pomóc.
Ale Jamie Dornan? Wcześniejszy Paul Spector  czyli zwyrodniały morderca pętajacy kobiety przed odebraniem im życia.
Przecież Christian Grey jest tylko słabszą, mniej ciekawą i płytszą podróbką Paul'a.
Dla kasy zgodził się na tą rolę?
Mając w realu zazdrosna żonkę w domu, bawić się w podrzędnej jakości filmiku w całowanie i oblizywania ciała obcej kobiety?
Nie rozumiem. Zupełnie.
 
Wracając jednak do tematu Anji, choć nie ma co tu dużo mówić. Wyszła pięknie a o sukience wiele powiedzieć nie mogę, bo szyłam ją tak dawno że niczego dobrze nie pamiętam.
Za tło towarzyszy  dzisiaj również matka natura, która spisała się fantastycznie.
No i w końcu mam, tak bardzo wyczekiwane fotki przy płocie. Taki Płotowy fetysz :)  Nie wiem dlaczego ale od dawna mi się to marzyło o za mną chodziło :)
 
I ponownie ukłon w stronę Karpiela Bułecki "pójdę boso, pójdę boso, pójdę boooooso"
 


 
Nie ma jak relaksik na betonie :) 


albo mała wspinaczka :)







Najbardziej lubię jednak Anję z irysem, tylko kłopot w tym że rzeczka kiepsko się zaprezentowała niszcząc cały efekt :(

czwartek, 9 lipca 2015

Daria z piórkiem

Dawno nie było tu Darii :)
Eeeee, co tam, dobrego nigdy dosyć.
W końcu po to Bóg stworzył piękno żeby się nim nacieszyć. No to się cieszmy. 
Daria znów bez konkretnej kolekcji,  ale jeszcze na szczęście w ubraniu.
Bo u mnie już nie tylko brak warunków ale i weny. Może to i dobrze. Skoro szklanka bywa czasem do połowy pełna, to w moim przypadku chyba teraz jest najlepszy moment na taką twórczą blokadę.
Poza tym zakitrałam też gdzieś moje wszystkie lalkowe wykroje. Zaczynam najwyraźniej żyć w systemie "zero-jedynkowym". Albo pół rzeczy na wierzchu i drżę za każdym razem że wytrawne oko wyłowi gdzieś półgotową sukienkę czy mini-mini rękawka do płaszczyka, albo zabunkruje rzeczy tak, że sama nie mogę ich potem znaleźć.
Bo nie mogę. Przerzuciłam komodę, trzy pudła z materiałami, nawet zrobiłam porządek w szafie i nic. W takich przypadkach babcia zawsze mówiła że diabeł ogonem nakrył, ale ja twierdzę, że to przejście na zawodowstwo w kitraniu wszystkiego :).
A bez wykrojów nie chce mi się nawet próbować do ubrań podchodzić. Bez wzoru nie zasiądę do spodni, spodenek, rybaczek, nie ruszę też nieelastycznych sukienek, że o marynarkach nie wspomnę.
Dopasowywać bez wykrojów to ja sobie mogę jak mam dzień z maszyną, a nie trzyminutowe dochodzonka.
Dlatego niczego nowego nie dotykam. 
I nawet mi z tym całkiem przyjemnie.
 
Oczywiście radość i duma stworzenia czegoś w warunkach podziemia i pełnej konspiracji bywa ogromna, bo to taki podwójny sukces, no ale jak długo można czerpać satysfakcję  przy takiej partyzantce. I to bez oddechu i chwili wytchnienia.
A tak jest czas nie tylko na oddech, nie tylko na tchnienie a powiedziałabym że nawet na lekkie stękanie.
Choć nie moje :).
Jeszcze nie jest ze mną tak źle żeby sobie postękiwać w samotności i niestety nie jest również tak dobrze żeby sobie postękać w duecie. Odgłosy pochodzą od koleżanki Anastasii. Przyznam się, a robię to bez zażenowania, że z Aną S. widujemy się czasem kilka razy dziennie :).
Odkąd mam swoją własną płytę nie straszne mi burze i wiatry, niezależna już nie tylko od internetu a także i prądu (oczywiście na czas wytrzymałości laptopowej baterii) mogę sobie Grey'a zarzucić kiedy chcę.
To sobie zarzucam. Szkoda tylko że nie dla fabuły, szkoda że nie dla momentów, ale za to dla fonii, a dokładniej mówiąc dla barwy głosu Pana Christiana.
Bo coprawda nie jest to mistrz Żebrowski, ale blisko, bliziutko. Mogę chyba nawet zaryzykować ze to ta sama półka.
No to tak sobie Pan Grey w moim mieszkanku rzuca co czas jakiś zdanie w eter, a że przy okazji laska w tle sobie z przyjemności postęka (nawet jeśli to przyjemność reżyserowana). Wytrzymam :).
Tylko jakoś nie mogę się zebrać do książki.
 
Ale o czy ja mówię. Przecież to blog o fashion, glamour, style a ja tu z erotycznym uniesieniem wyjeżdżam.
 
Wracając do Darii i jej kreacji, bo to akurat śmieszna historia.
Mam w domu sukienkę. Swoją własną prywatną. Cudo dosłowne w którym się zakochałam i które do mnie ,w sklepie wisząc jeszcze, przemówiło.
Cudo oczywiście jak to z cudami bywa, wisi na wieszaku już kolejny sezon a świat zobaczyło tylko raz jeden jedyny. 
I wcale to nie jest sukienka weselna.
Ponieważ własną komunię musiałam przechodzić w zwykłej sukieneczce (komunijna kreacja zaraz po wyjściu z kościoła została przetestowana przeze mnie drobną chwilkę na domowym podwórku co zakończyło się dziurą do zszycia, natychmiastowym praniem i jeszcze zdrowym rodzicielskim "wykładem wychowawczym") przez całe życie idę z tęsknotą do balowych kreacji. I zdarzyło się raz, wychodząc dnia pewnego z jednego ze sklepów, sama własnoręcznie wpuściłam zefirek na wiszące przy drzwiach sukienki. Niby wieszak wcześniej obejrzałam, niby nic fajnego nie znalazłam, a tu nagle macha do mnie ciemny chaber w połączeniu z nasyconym różem. Odwróciłam się, drzwi zamknęłam, a sukienka znów pląsa w moim kierunku i prosi żeby ją zabrać. Dotykam- mgiełka, przykładam do siebie - po same palce u stóp, a nawet jeszcze niżej. Był tylko jeden malutki feler. Cena.
Rozsądek wziął górę nad emocjami, z sukienką się pożegnałam, odwiesiłam na miejsce i wyszłam. Ale to przecież nie koniec historii. Ponieważ był to sklep producenta, cała sklepowa piwnica przeznaczona była na przeceny, a ja odwiedzając go regularnie często widziałam jak niesprzedające się kolekcje prędzej czy później trafiały na poziom -1 ze sporym rabatem na metkach.
Lato mijało, sklep odwiedzałam, ale mojej sukienki nie było nawet śladu. I kiedy straciłam nadzieję że jeszcze kiedyś się zobaczymy, kiedy zaczynałam być zła na swoje ubraniowe skąpstwo, trafiłyśmy znów na siebie  tym razem właśnie w piwnicy. Ona tak samo piękna, tak samo zwiewna, tak samo długa, tylko o połowę tańsza.
Złapałam za portfel i była już moja.
Oczyma wyobraźni widziałam nas dwie spacerujące brzegiem Bałtyku, oczywiście w lekko wietrzny dzień, ja z rozwianym włosem, ona z rozwianym dołem, a wszyscy patrzą na nas z zazdrością lub uwielbieniem, w zależności od płci podziwiających ;P. 
Przyjechałam do domu, sukienkę przymierzyłam i uważam, że nadal jest spektakularnie zjawiskowa, tylko.... wkład nie ten.
Sukieneczka na gumeczkowej górze jest dla filigranowych chudzielców, a nie babo-chłopa z przerośniętymi barami i zatłuszczonym dekoltem. Taka jest prawda. No i ktoś trochę nie pomyślał lub poszedł na skróty z podszewką. Jest gruba i sztuczna. Kiepski pomysł jako baza pod szyfonową mgiełkę na upalną porę. Jednal co zrobić.
I kto wie, może nawet uda mi się w niej jeszcze kiedyś wystąpić, na razie jednak musi wystarczać jej rola muzy.
A jak muza, to oczywistym jest że wersja mini musiała trafić do Barbiowej szafy. Przymiarki trwają ponad rok :)
Po prostu trudno jest przenieść taki fason na filigranowe ciałeczko. Jeśli dół ma być szeroki, a taki jest właśnie oryginał, to więcej materiału zostaje na marszczenie u góry, tworząc brzydką kiełbasę albo oponkę.
A ja na materiale nie oszczędzam..... nie jeśli chodzi o barbiowate :)
I jako trzecie podejście postanowiłam uszyć ten model z zielonego szyfonu. Na dużej płaszczyźnie materiał wygląda tak trochę jak kuchenne firanki, ale przekładając to na mini skalę kuchenna krata na szczęście zanika :).
Za to po raz kolejny przeholowałam z szerokością.
Było tego dużo za dużo. A że uważam siebie za osobę gospodarną, postanowiłam z jednej zbyt szerokiej sukienki maxi zrobić sukienkę maxi o odpowiednim rozmiarze, sukienkę mini i jeszcze spódnicę.
W zamiarze odpowiednio szeroka, długa sukienka po przeróbkach stała się maxi wąską kiszką a dwa dodatkowe stwory......
No właśnie jeden z nich można dzisiaj podziwiać na Darii.
Zrobiłam zbyt małą przerwę pomiędzy gumkami przy biuście, sukienka przy najmniejszym dotknięciu perwersyjnie odsłania piersi. Będę musiała dorobić ramiączka, bo to strasznie utrudnia pozowanie modelki, a już szczególnie modelki niestabilnej i nie mam na myśli wahań hormonalnych :P.  
Trochę też przesadziłam z ilością tiulu na podszewce, ale tego akurat zmieniać nie myślę. Będę się trzymała wersji że to taki nabuzowany projekt. 
 
A skoro mam już tyle gadżetów do domowych sesji zapraszam...... na dwór :)
Dla odmiany. Ostatnio wszystko było we wnętrzach to pomyślałam że czas na naturę. Tym bardziej że słoneczko pięknie świeciło, a ja dawno zaplanowałam sobie (po poprawkowej sesji kopciuszka) więcej zdjęć z kamiennym chodniczkiem. 
I ja to u mnie bywa, na potwierdzenie tego słońca, pierwsze zdjęcia Darii są przy zachmurzonym niebie, ale zaraz słońce wylazło i reszta fotek doświetlona jest promieniami słonecznymi.
 
Daria jak zwykle piękna, możnaby rzec piękna zjawiskowo. 
W jej przypadku twarz może być skierowana w prawo, lewo, w górę, dół. Obojętnie. Tu każde ujęcie jest odpowiednie, każde jest właściwe. 
 
Kolekcja: no name
Modelki: Daria
 










Pomimo jej przecież ciemnych włosów, pomimo braku zwierzątek, zdjęcia w buszu kojarzą mi się od razu z mickiewiczowska Zosią zajmującą się zwierzęcym inwentarzem w ogrodzie.

A uważny obserwator  zauważy także, że sesja zakończyła się finansowymi stratami. Daria tak bardzo zajęła się pozowaniem, że zgubiła jedną bransoletkę. Wątpię żeby się odnalazła, ale i tak pójdę poszukać. W końcu mówi się że głupi ma szczęście.
No i sesja jeszcze bez butów ale już z biżuterią :)

sobota, 27 czerwca 2015

Spełniamy życzenia :)

Zrzucałam właśnie zdjęcia nowej sesji na komputer i natknęłam się na wyjątkowe zdjęcie.
Przy okazji, już teraz wiem dlaczego ostatnio szycie idzie mi tak topornie.
Wszystko jest już jasne.
Na początku mojej kariery lalkowej projektantki może nie miałam doświadczenia, może nie miałam wykrojów, może nie miałam wyboru w materiałach, na pewno miałam gorszą maszynę, ale miałam pomocnika który nie tylko wspierał mnie duchowo ale pomagał mi nawet przy szyciu.

Poniższe treści nie są zalecane osobom dotkniętym chorobą cukrzycową ;)
 
 
Ten mój pomocnik to ktoś niebyle jaki.
Mój mały bąbelek, który ostatnio wyżarł mi mój puddingowy deser i wiecznie próbuje dobierać się do śmietanki z truskawkami.
Kiedyś miał dużo zapału do szycia. Trwał przy mnie wiernie, czasem nawet podciągał materiał pod maszyną (co zostało uwiecznione na zdjęciach).
Teraz Jego Wysokość wpadnie do pokoju, da werbalnie znak że wszedł na chwilę i na tym koniec. No czasem na moment wskoczy na kolana, ale tylko dlatego żeby niepostrzeżenie zrzucić sobie nitkę z ławy do zabawy.
Widocznie ma słomiany zapał, albo znalazł sobie ciekawsze i mniej stresujące hobby.
Jednak ta tona słodyczy o której piszę, to nie główny powód dzisiejszego spotkania.

Obiecałam wczoraj Ani sesję z Anią w szarej sukience.
Nasz klient nasz pan.
Oczywiście nie jest to typowa profesjonalna sesja. Bez rekwizytów, bez otoczenia i oczywiście bez butów :P - to ostatnio mój znak firmowy :).
Ale nie mam jak rozkładać się z tym całym kramem.
Przyznam się Wam, że miałam wczoraj przedpołudnie dla siebie. Tak, tak. Czarna seria została przerwana i liczę na to że nie był to odosobniony wyjątek. Po długaśnej przerwie mogłam spokojnie na 5 godzin rozwalić się w pokoju z moim burdelkiem. Materiałami, lalkami, szpilkami i nożyczkami. Mogłam ciąć, fastrygować, dopasowywać, szyć, pruć i ani razu nie musiałam zaglądać w okna w celu namierzania współlokatorów.
Powiem Wam - co za komfort !!!!
Oczywiście 5 godzin musiało się skurczyć o czas upieczenia trzydziestu pięciu babeczek, dostarczeniu roślinek do sadzenia, miłego czatu z dziadkami.....
Mówi się trudno, ale i tak było cudnie !!! Trzy godzinki to i tak więcej niż zero. 
A ja już zapomniałam jak mało nerwowe może być szycie w spokoju i intymności. Że może przynosić radość, satysfakcję i relaks.
Rewelka.
I przez moment miałam plan żeby w tym czasie wolności upchnąć jeszcze pół godzinki na profesjonalną sesję, ale prawda jest taka, że przygotowana sesja (pomijając opcje szmaragdowej apaszki jaką ostatnio dostałam) nie jest w stanie zamknąć się w półgodziny. Uprzątnięcie miejsca, ustawienie wszystkich gadżetów, same zdjęcia, pochowanie gadżetów na miejsce, uporządkowanie miejsca "zbrodni"- niby niewiele, ale bardzo czasochłonne.
W tej sytuacji wolałam skupić się na szyciu.
Kilka zdjęć lalki pod ścianą można zrobić udając że się poprawia poduszki na tapczanie, natomiast ukrycie warkotu maszyny przy doszywaniu falbany może być niemożliwe.
Dodatkowo i tak jeszcze dałam ciała z tym dniem dla mnie.
Zamiast przygotować wieczór wcześniej wykroje, ba! zamiast wieczorem wyciąć materiał, sfastrygować części i od samego rana zasiąść od razu do maszyny, nie ruszyłam nawet palcem.
Nie wierzyłam że ten dzień nadejdzie.
Nadszedł, a ja musiałam marnować czas na wycinanki. Nie było mnie stać jeszcze na sesję.

Za to wieczorem miałam szansę na poprawienie kilku poduszek :D

Kolekcja: no name
Modelki: Ania (wcześniej Elsa)





I jak podoba się efekt końcowy?
Zgodzę się że na pewno Anja wyglądałaby dobrze w tej kreacji, nie może być inaczej, ale i Ani niczego nie brakuje.
Uważam ze wygląda ślicznie. Ten kontrast czerni jej włosów i czerwieni ust z pastelowo delikatną resztą .
To chyba druga taka niespodzianka na blogu zaraz po sesji płaszczykowo-krzesełkowej :)

Niestety nie obyło się bez mrożącego krew w żyłach wypadku.
Ania spadła z dużej wysokości.
Pozowała sobie biedaczka siedząc na schodach i nagle pach. Nie zdążyłam jej złapać.



Nie wiem czy przypadkiem nie z tego powodu ma pęknięte ramię na szwie :(
Na szczęście nie widać tego na zdjęciach, wiec przed Anią jeszcze długie życie zawodowe.
Co oczywiście udowodniła, zbierając się w sobie po upadku i pozując jak gdyby nigdy nic do końca sesji :)




A co powicie na siostrę bliźniaczkę Ani ?
;D