czwartek, 19 marca 2015

O Elli słów kilka

Na "Kopiuszku" udało mi się ostatnio powiesić wiele psów, choć przyznaję, że możnaby powiesić ich jeszcze więcej. Ale po co rozsiewać więcej nienawiści, skoro i tak cały internet już w niej tonie.
Zresztą, należy pamiętać że to blog o fashion, czasem nawet high fashion ;)
A ze "Kopciuszek" ociera się o ten temat dość intensywnie postanowiłam że warto coś o tym wspomnieć.
Od razu, na samym początku chcę głośno i jasno powiedzieć: dzięki bogowie za współczesne ograniczenie widoku męskich obcisłych okryć części dolnych, do kalesonów w domowym zaciszu tudzież balecich trykotów dostępnych dla fanów baletu :)
Za to stroje damskie...... mniam, mniam. Można było wyszukać kilka perełek.
Szkoda tylko że ominęło to garderobę Kopciuszka - głównej bohaterki.
Jeśli Disney chciał złożyć ukłon w stronę wersji animowanej trzeba było trzymać się tego dla wszystkich postaci a szczególnie współdzielących kadry z samym Kopciuszkiem. Przy swojej przyszywanej rodzinie wyglądała dość archaicznie.
Zaraz po wyjściu z kina zostałam zapytana o jej suknię balową. Tak sobie teraz myśle, że zapewne musiał to być najważniejszy ubiór w całej produkcji. Piękny Kopciuszek, wielki bal, jeszcze większa miłość no i ta spektakularna suknia mająca zwracać uwagę dosłownie wszystkich.
Oczywiście przyznam, ze dziesiątki tiulowych warstw dołu prezentowało się bardzo spektakularnie w specjalnie ułożonej pod nią choreografii pierwszego tańca z dziesiątkami obrotów.
Ale to by było na tyle.
Jak na wyczarowaną, magiczną sukienkę bardzo przeciętnie. Do tego stopnia, że dziesięć lat temu przymierzałam bardzo podobny model w pewnym zwykłym sklepie. I ta moja była o tyle fajniejsza, że pozbawiona tego tandetnego szala z tiulu wokół ramion.  Do dziś żałuje, że jej wtedy nie kupiłam, ale kto by przewidział ,ze w przyszłości znajdzie się dla niej dużo miejsca na strychu..... Jednak, co warto podkreślić, na taką suknie może sobie pozwolić szara, miejska mycha wybierając się na wesele, a nie dziewuszka, która tym jednym, jedynym razem musi rozkochać w sobie księcia i sprawić by stracił dla niej głowę oraz serce.
Co innego jej suknia ślubna. Nie eksponowana na plakatach, w czasie promocyjnych wywiadów. Na ekranie też w zasadzie jest tylko przelotem. A szkoda, wielka szkoda.
Ta kreacja, oczywiście moim zdaniem jest grzechu warta.
Ale wydaje mi się, że nie jestem w tym odosobniona, bo.... Disney wypuszczając kopciuszkową Barbie odział ją w tą sukienkę.
Żebyście wiedziały jak się zdziwiłam, że taka lalka, a w zasadzie lalki, w ogóle zostały wyprodukowane. Żaden blog o nich nie wspominał. Wchodzę ci ja na googla a tu taka niespodzianka.


Cudna jest ta lala i nie tylko ze względu na względnie zminaturyzowaną kreację, ale ma też piękną twarzyczkę. Aż mi się zachciało posiadać ją w swojej kolekcji. Oczywiście nigdy nie będę jej właścicielką. Moje panny trafiają pod mój dach po to by pozować i być fotografowaną a kopciuszek jest drewniany :(
Nie jestem też na tyle zaawansowana technologicznie by bawić się w przesadzanie głów na artykułowane ciałka.
Zostaje mi zatem popatrzeć, pomarzyć, powzdychać i sapnąć tonem rozczarowanym :)
Oczywiście nie mogło zabraknąć też sukni balowej. W końcu to cudo które wszyło spod magicznej różdżki
 

Złośliwie powiem że pomimo znacząco skromniejszego dołu w porównaniu z oryginałem, który może maksymalnie posiada dwie warstwy tiulu i tak na lalce wygląda lepiej niż w wersji kinowej :)

Jest i książę.
Szczęśliwie w dużo lepszych spodniach. W zasadzie to powinnam napisać że lalkowy książe, w przeciwieństwie do filmowych kalesonków, nosi spodnie.
I te detale na marynarce.... też by się przydał dla samej chęci posiadania, choć zupełnie niepodobny do oryginału:)



Nie mogło też oczywiście zabraknąć, najpiękniej odzianej z całej ekipy macochy. Tu w mojej ulubionej kreacji (choć nieco zbliżonej stylem i okresem do garderoby Kopciuszka)

Akurat ta lala ze względu na oryginalną urodę nie jest obiektem mych cichych westchnień. Bałabym się, że nie w każdym ubranku, i nie w każdej pozie byłaby apetyczna na zdjęciach, oczywiście drewnowatość tak czy siak ucina jakiekolwiek spekulacje.
Ale jak przystało na posiadaczkę najpiękniejszych, najwymyślniejszych i najbardziej spektakularnych kreacjach można ją zakupić w dwóch wersjach.
Mimo, że na ekranie zawładnął mną komplet w którym macocha pojawia się po raz pierwszy, przyznam że w wersji lalkowej suknia balowa (?) jest nieporównywalnie piękniejsza.
Nad wróżką nie będę się rozczulała. I w wersji mini i wersji maxi jest po prostu pijanym koszmarkiem kostiumologa.
Zdjęcia ze strony Disney'a

No, to sobie pomarzyłam, czas wracać na ziemię.

wtorek, 17 marca 2015

;) dookoła lalek czyli z przymrużeniem oka

Po pierwsze wybaczcie że zacznę zupełnie nie na temat. Ale nie mogłam się oprzeć chęci pochwalenia się pewnymi, już nie tak malutkimi, ale nadal słodkimi bąbelkami, które przecież już nie raz mignęły na tym blogu :)
Słodkie, co nie?



Oczywiście od razu spieszę wyjaśnić, że nie jest to maltretowanie zwierzaczków. Jeden bąbelek postanowił przerwać na chwilkę oglądanie Gry o tron zaciekawiony lekturą mojej książki.
Drugi bąbelek postanowił uciąć sobie drzemkę w trakcie wycierania kurzu na półkach wybierając na miejsce łóżko upstrzone miśkami i pudełkami.  

I nie jest tak, że tylko kotki. Zdarza się, że i pieski trafiają przed mój obiektyw :) 


Wracając jednak na właściwe tory.
Druga tura 50 shades of Greys jakby drgnęła. Mam nadzieję, że uda się to w miarę szybko doprowadzić do szczęśliwego finału. Ciągnie się to dłużej niż spaghetti, ale jakoś tak wyszło. I ja i otoczenie.

Stąd też siedzę dłużej w dodatkach, pomimo że ambitny plan zakładał ukończenie tego okołolalkowego procederu wczorajszej nocy. Cóż mogę powiedzieć, plany ambitne mają zazwyczaj zbyt ambitne założenia i to je gubi. a ja dalej w polu :)

Zatem, więc dlatego, i tak:
W ramach potwierdzenia sofowego liftingu mała fotka przypominająco-powierdzająca


Teraz już chyba widać różnicę pomiędzy "przed" i "po" :D

Druga bardzo ważna kwestia, kto wie, czy nie mająca wpływ na resztę mojego życia. Brzmi bardzo poważnie? I chyba powinno.
W ostatnim wpisie chwaliłam się wymyślonymi z tacki po pieczarkach talerzykami. Czekały na biały lakier do paznokci. żeby nie było smug na warstwie "porcelany". Wczoraj się doczekały. Z pięciu przyszłych talerzyków został.... jeden. Nie zdążyłam go jeszcze maznąć, gdy pozostałe cztery po prostu, na moich własnych, osobistych oczach zaczęły się rozchodzić, rozłazić, topić.
Byłam w szoku, bo stało się to pod wpływem tego czegoś, co pewnie przynajmniej raz na tydzień nakłada sobie na swoje paznokcie każda statystyczna kobietka.
Nie maziamy lakierem plastiku, pcv, pleksiglasu czy innego tworzywa sztucznego a naszą własną tkankę. Że zrogowaciałą.... ale zawsze własną!!! Pomyślałyście kiedykolwiek czym te swoje pazurki traktujecie?
Ja zaczęłam od dzisiaj i z tego względu nie wiem czy będę je jeszcze malować
A oto niezbity dowód


Pierwszy talerz w zasadzie już stopił się w 1/3 na drugim widać małą dziurkę, która w trzy następne minuty była identyczna jak ta większa.
To tak "ku przestrodze" dla czytelniczek.

Tyle na temat porażek.
Po tygodniu mniejszych lubi większych bojów z moimi, pięknie nazwanymi przez Anię, orchideami chyba udało mi się temat ostatecznie zakończyć. Ostatecznie, bo przeszły crash test spadając z parapetu i się nie rozpadły :D



I specjalnie dla Ani coś co już bardziej kwiatek doniczkowy przypomina - a co bez farby wyglądało rzeczywiście mało kwiatowo
 
Jeszcze tylko doniczka, trochę gorącego kleju, kawowa ziemia i będzie gotowe :) 
 
P.S. prawie udało mi się uszyć w całości płaszczyk :) Bez podszewki, ale przy tym materiale nie przeszkadza. Jeśli uda mi się jutro go dokończyć pochwalę się fotkami na blogu :)
No i może uda się choć te krawaty dokończyć

piątek, 6 marca 2015

Okołolalkowe dowody aktywności

Świadoma praw i obowiązków wynikających z założenia bloga, z pełną świadomością,  absolutnie i kategorycznie zaprzeczam jakobym zarzuciła lalkowy świat.
(choć w ustach takiego starego pudła jakim jestem może to zabrzmieć już nie tyle groteskowo co smutnie i tragicznie, ale jaką mnie Boże natchnąłeś, taką mnie masz :D)

 Jak już wiecie, skutecznie zniechęcana niepowodzeniami jakie na siebie samodzielnie nałożyłam Christianem od Greyów, pomiędzy wyrzucanymi do śmieci kolejnymi tragikienkami (w wolnym przełożeniu tragicznymi sukienkami) zła na siebie i świat cały, w ramach odczarowania kolekcjonerskiej klątwy postanowiłam powrócić do tworzenia dodatków a dokładniej do doniczkowej roślinności, na którą, jak już dobrze wiecie, jestem dobrze przygotowana bo i duże esspresowe donice czekają na użycie, małe olejkowe doniczki no i sporo pustych plastikowych butelek, a co znacznie ożywić może tło przyszłych sesji.
Niestety, czego nie przewidziałam, a co odrobinę negatywnie mnie  zaskoczyło, to poziom decybeli podczas wycinanek :) Coprawda nie jest to hałas pracującej maszyny do szycia, nie jest to hałas wkrętarki czy szlifierki, jednak również nie można powiedzieć że jest to dyskretna i cicha produkcja.
Zresztą, co ja Wam tłumaczę, każda z Was zgniatała w życiu plastikowe butelki :).

Musiałam więc znów czekać na sprzyjające warunki, ale zamiast go wykorzystać do wykonania prototypu, czy chociażby poważnego przeglądu oferowanych przez matkę naturę wariacji na temat zieleniny w domach i ogrodach ja nieco rubasznie i zbyt bezkrytycznie zaufałam swoim umiejętnościom twórczo-kreacyjnym, podpierając się bezmyślnym założeniem że ogień ukryje niedoróbki.
No i cięłam przy pierwszej nadarzającej się sposobności. Paski dłuższe, krótsze, grubsze i te cieniutkie. Przecież im większa różnorodność, im mniej perfekcyjności i szablonowości tym bliższe dzieło naturze.
Pocięłam całą butelkę wielce dumna z własnego osiągnięcia, powielając po raz "enty" błąd tworzenia 30-stu kopii jednocześnie, bez próby doprowadzenia chociaż jednej rzeczy do końca by obejrzeć efekt ostateczny zanim rzucę się na ilość.
I dumna dalej, przez dwa następne wieczory w oparach podgrzewanego przy świeczkach-podgrzewaczach plastiku formowałam moją nową domową doniczkową roślinność. A formowała się cudownie. Marszczyła, wyginała, nieco puchła, zawijała. Cudo nad cudami.
Tak mnie to rozochociło, że nie czekając na malowanie elementów, postanowiłam najpierw je poprzyklejać do doniczek a dopiero potem zając się malowaniem.
I co?
Pstro drogą sobie szło!!!
Wyszedł mi jakiś wodorostowy koszmarek.
Ani to podobne do roślinek domowych, ani to nawet podobne do avatarowej rzeczywistości.
Powyginany alzheimerem akwariowy wodorost z przeceny.
Dzisiaj zastanawiam się, czy może pokrycie tego błękitnego cudactwa zielonymi farbkami mogłoby jakoś to wyratować. Tego nigdy się jednak nie dowiem, bo tak jak szybko ten potworek powstał, tak szybko zakończyłam jego żywot wycinając wszystko nożyczkami. Żałuje tylko że nie zrobiłam wcześniej zdjęcia "ku przestrodze" i upamiętnienia mojej kolejnej porażki :)
Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.
Z opakowania po pieczarkach, które na kolejne rośliny chomikowałam, nieoczekiwanie dla mnie ujawniły się barbiowe talerzyki. Pamiętam że mówiłam wcześniej, że to nie ten etap i nie mam w najbliższym czasie zamiaru kompletować zastawy obiadowej, ale.... po co trzymać pociętą pieczarkową tacę robiąc burdel przy okazji, skoro na wszelki wypadek można powycinać małe kwadraciki, poskładać jedno w drugie, resztki wyrzucić i  mieć to z głowy. Ale jak powycinałam jedno, skusiłam się ostatecznie też na podpatrzone u świeżo wygrzebanej lalkowej mistrzyni sztuczki na sztućce. Miała być próba, jeden sztuciec, tak żeby się przekonać czy wygląda to równie dobrze na żywo co u niej na zdjęciach z bloga. Próba wyszła zachęcająco, a że dziesiąty odcinek "house of cards" miał jeszcze 20 minut do końca zaczęłam wycinać kolejne części zastawy.
Niestety :( miałam tylko małe pudełko po toffifee, wiec brakuje mi 4 widelców i w zasadzie 3 noży. Teraz mam coprawda komplet sześciu ale trzy lewo i  trzy prawo skrętne - co widać na zdjęciu :).
No i okazało się że nie wygląda to tak zupełnie źle



Szpilka i cekinek to działanie celowe, oczywiście, by pokazać skalę.
Talerze też muszą być pomalowane. Ale po pierwsze i tak muszę poczekać na kolejny zakup warzyw w tym konkretnym koszyku bo ten który posiadałam był zgnieciony z jednego rogu więc udało się posiąść tylko 5 talerzy, a poza tym boję się malowania farbami. Zakładam ze pędzelek będzie pozostawiał smugi i wymyśliłam  biały lakier do paznokci, którego, jak zwykle gdy jest taka potrzeba, nie ma w domu. Zobaczymy jeszcze.

Podeszłam też po raz drugi do kwiatka, tym razem w zdecydowanie mniejszym rozmiarze i zdecydowanie mniej powykręcanym. Tak polubiłam swoje czerwone kwiatuszki że musiałam dorobić do tego liście. Jakiekolwiek.
Efekt nie jest może powalający, na próżno szukać gatunku w oryginale, ale potrzebowałam czegoś kompletnego, co będzie mi światełkiem w tunelu beznadziejności kiepskich i nieudanych prób mojej miniaturyzacji.


Muszę tylko dodać więcej brązowej ziemi, bo ta się gdzieś zapadła w czeluściach donicy :)

No i coś nad czym walczę od dni kilku, ale jeszcze w wersji bardzo półproduktowej...

 
 

Dopatrzałyście się storczyków?
Nie wiem czy mi to wyjdzie, ale tym razem postanowiłam poskromić własną kreatywność i odwzorować się na czymś co istnieje.
To turkusowe "coś" to wycięte i podgrzane z butelki liście które być może uda się dziś pomalować. Ledwo zauważalne przeźroczyste "coś" przyklejane d drucika (najlepiej widoczne na zdjęciu ostatnim) to kwiaty storczyka.  Mogą się okazać zbyt ogromniaste do tych skromnych listeczków. Ale zobaczymy - jeszcze ich nie ruszałąm żeby klej dobrze wysechł.
To zielone "coś" ma być roślinką liściastą - takiej jeszcze nie posiadam, no i te styropianowe kuleczki tak mi się spodobały, że uparłam się żeby je wykorzystać.  

Także pamiętam i działam :)

czwartek, 5 marca 2015

Błaganie o litość

Moje najcudowniejsze, najwierniejsze i najwspanialsze czytelniczki,
klęcząc na kolanach z poobcieranymi kostkami od kaloszy, pozdzieranymi opuszkami moich delikatnych rączek, z podrapanymi do łokci rękoma i poważnie nadciągniętym karkiem z powodu czytania w łóżku jęczę błagalnie o wybaczenie tej długiej przerwy w blogowaniu.
Leżąc prawie u Waszych stóp litościwie i uniżenie skomlę o jeszcze odrobinę cierpliwości.

Po pierwsze - Państwo Grey mnie zakorkowało - no nie mogę dokończyć 2 części "50 shades". Kombinuję, oglądam, przeglądam, przerzucam w poszukiwaniu natchnienia, ale idzie mi jak po grudzie. Głupio cos takiego mówić przy, już prawie, trzech pudłach zakupionych materiałów, ale jak zwykle nie mam tego na czym by mi zależało. Okazuje się, że przy zakupach "w ciemno" jestem pastelową panienką, choć osobiście moja prywatna szafa w większości składa się z bieli, czerni, niebieskiego, różu i czerwieni. No trudno podciągać to pod pudrowe odcienie.....
Dodatkowo do kosza, po dwóch dniach naszywania koralików, trafiły dwie kreacje, które ostatecznie nie wpisały się w nową kolekcję - przyznam, lekko się zdekoncentrowałam i zniechęciłam

Po drugie - warunki do szycia nadal prawie niemożliwe

Po trzecie - Bóg mnie słucha a ja głupia nie jestem w stanie wypowiadać logicznych i precyzyjnych życzeń!!!! Od czasu trafienia na zadupie prosiłam siły wyższe o nie zimowe zimy. Jako posiadaczka kompletu uniwersalnych opon na tą porę roku nie lubię prowadzenia auta w warunkach nieodśnieżonych i z 10-cio centymetrową warstwą ujechanego śniegu dróg. No to prosiłam o łagodne śródziemnoklimatowe zimy. Ale główeczka nie powiązała klimatów śródziemnomorskich z wichurami, huraganami i trąbkami powietrznymi. No to mam za swoje. Przeżyłam rok temu niewielką powódź z oberwaniem chmurki. Było całkiem zabawne patrzeć jak koszona trawka zamienia się w bajorko. Do czasu gdy pod naporem wody konstrukcja folii zaczęła się uginać aż wszystko popękało przygniatając folią i hektolitrami wody piękne i dorodne pomidorki, jak przewracająca się wysokopienna fasolka wraz z podpórkami na których była rozpięta gniotła i łamała ledwo przyjęte i zadomowione krzaczki borówek. Leciałam wtedy jak głupia ratować dobytek w T-shircie i spodenkach, półnaga przeciwko żywiołom natury. 
Rok później, siedzę ja sobie przed komputerem planując nowy wpis na bloga, kremuję biedne pozdzierane i popękane paluszki od niedawno zakończonej budowy szklarni poliwęglanowej (tak popękanych i pozdzieranych że nie jestem nawet w stanie zabrać się za druty bo niszczę nimi wełnę, nie mogę szyć bo zaciągam materiał), zerkam na malowniczo uginające się drzewa z pobliskiego lasku kłaniające się pod naporem sił natury i zastanawiam się nad długością już chyba trwającej burzy. No i widzę wyszarpywaną przez wiatr płachtę poliwęglanu z mojej świeżej, nieużytej jeszcze, nóweczki, własnoręcznie skręcanej przez trzy bite dni od rana do zmierzchu szklarenki.
Nawet nie zdążyłam złapać kamizelki. Tak jak siedziałam w spodniach do kolan, bluzie na karku i kremie na palcach poleciałam i tym razem ratować dobytek.
WOW, to było coś.
Ściana gradu, potężnego lodowatego wietrzycha i kropel deszczu wagi ołowianej. I pomiędzy tym ja, kruszynka że tak skromnie powiem. Zanim dobiegłam do celu szklarnia została zamieniona przez siły natury w domek z kart. Na mich oczach poleciała jedna płachta, druga, trzecia....jak na amerykańskich filmach katastroficznych a ja nie wiedziałam w zasadzie za co się brać. Czy lecieć najdalej, do płotu, czy próbować łapać coś co leżało bliżej szklarni. Przyznam, że moje "ja" troszkę lubi taki ekstremalny survival, adrenlinę i walkę ze złem. Szkoda tylko że działo się to kosztem domowego budżetu i własnych zasobów finansowych. Nie od dziś wiadomo że najlepiej to bawić się cudzym kosztem i na cudzy koszt :P
Nie wchodząc w dalsze szczegóły, bo znów tracę wątek główny, zostałam nijako zmuszona do kolejnych dwóch dni naprawiania szkód i zabezpieczania pozostałości na ewentualne kolejne testy kapryśnej matki natury, co pogłębiło tylko uszkodzenie warstw zewnętrznych skóry blokując nawet próby podejścia do szycia na kolejnych kilka dni.

Po czwarte - na pokuszenie wodzi też trzeci sezon "house of cards" który swoim zwyczajem został wyrzucony jednorazowo w całości.

No i po piąte - czas najwyższy byłoby dokończyć i oddać "Grę o tron", bo to już bibiotecznie podlegałoby karom grzywny za przetrzymywanie książek..... Wstyd mi, Aniu wybacz, nadrabiam i stąd ten nadwyrężony kark.

Tyle, w sprawie wyjaśnienia tego długiego i bezproduktywnego postoju. Swoja drogą to chyba byłoby trudno o produktywny przestój :). Ale chciałam również podzielić się z Wami nieco radosnym, z własnej perspektywy, przemyśleniem.
Lalka Barbie - dawno, dawno temu przeżywała swoja złotą erę. Nie mam pojęcia czy to z powodu marzeń o luksusowym, kolorowo-różowym życiu jakie prowadziła, niedostępnym w komunistycznej szarości i masowości, czy to z powodu elitarności jej posiadaczy, a może z powodu estetycznego i bardzo ładnego dla oka wykonaniu. Kto wie, za co kochaliśmy Barbie, ale kochaliśmy, całym sercem.
Nie wiadomo też dokładnie dlaczego ta miłość zaczęła słabnąć. Mając dzisiejszą wiedzę w tym temacie spokojnie mogę powiedzieć, że Barbie nigdy nie pozwoliła sobie za spoczęcie na własnych laurach. Zawsze piękna, zawsze gotowa, ciągle ulepszana, ewoluująca, awansująca. Robiła wszystko żeby się na tym swoim  topie utrzymać, ale coś szło nie tak.
Może masowy napływ jej kiepsko podrabianych i zdecydowanie mniej atrakcyjnych kloników, ale za to dużo tańszych i ogólnodostępnych przyczynił się do jej marginalizowania. Może dla dzieciaków dorastających w środowisku "mogę mieć wszystko" plastikowa panna z plastikowym mieszkankiem i  plastikowym autkiem przestała być taka atrakcyjna i pożądana.
I pewnie kiedy wielu postawiło już na niej krzyżyk Barbie chyba wraca do łask, a kto wie, może zbliża się dla niej kolejna złota era.
Pomijając te dziesiątki blogów poświęconych lalkom Barbie przez zwykłego, średniego zjadacza chleba. Pomijając ten malutki, ale dla niektórych całkiem dochodowy biznes okołolalkowy z ubrankami, bucikami, drewnianymi modernhaus'ami.
Nie dosyć, że coraz więcej światowych projektantów znajduje się w przepastnych garderobach Pani Barbie, to niektórzy nie kończą tego flirtu tylko na zaprojektowaniu ubranka czy dwóch.
No weźmy takiego dość znanego Karla Lagerfelda.
Nie zatrzymał się na projektowaniu, oj nie. Oddelegował swoją muzę (czy coś więcej, ale o tym pudelek nie wspominał ;D) na tą słynną barbiową sesję z okazji okrągłych urodzin


(tak, tak, ten pan, to żywa osoba - choć trudno w to uwierzyć)

to jeszcze doczekał się swojej wiernej kopii.

 Jednak nie na tym koniec powrotu na szczyt. Ostatnio trafiłam na sesję do japońskiego Vogue, która nie tylko że jest inspirowana lalką Barbie, to jeszcze przedstawia kolekcję ubrań inspirowaną tą właśnie gwiazdeczką. Czyli Barbie do kwadratu.




 Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie  dodała, że zarówno modelka jak i fotograf powinni zrobić przed sesją małe przeszukiwanko zwane potocznie research'em  i dowiedzieć się że era Barbie- sztywnego kołeczka - poszła już dawno w zapomnienie i mamy teraz Barbie Fashionistas które dzięki swoim ruchomym stawom są w stanie zrobić ponad sto póz (swoją drogą ciekawe w jaki sposób ta wartość została oszacowana) i nie muszą już siedzieć z nienaturalnie prostymi, niebotycznie długimi nogami :)

A w ramach ciekawostki kilka zrzutów kolekcji wiosna 2015 - ready to wear firmy Moschino inspirowanej powracającą na szczyty lalką








 

Barbie górą !!!!!!!!!!!

czwartek, 19 lutego 2015

50 shades of Gray...... w moim wydaniu

Pewnie w ramach rekompensaty za mniej przyjemne przejścia w życiu osobistym, jakie miałam wątpliwą okazję ostatnio przeżyć, udało mi się pstryknąć nie tylko kilka fotek dedykowanych Wam specjalnie z okazji walentynek, ale również pierwsze otwarcie kolekcji 50 shades of Grey's - Anastasia.
Może nie jest to sesja wyszukana, ale tak właśnie miało to wyglądać. No i narożnik do odstrzału się tam pojawił zatem spokojnie może zostać już przeze mnie zdemolowany :)

Wracając jednak do samej kolekcji:
Anastazjowa wersja 50 shades... zarówno w ubraniach jak i samej sesji charakteryzuje się skromnością, delikatnością, naturalnością, codziennością. Nie ma tu mocnych kolorów seksownych linii, kobiecych dekoltów, zdobień. Delikatna, stonowana, neutralna zwykłość.
Tak jak sama główna bohaterka "Pięćdziesięciu twarzy...".
Normalna przeciętna dziewczyna z ulicy. Taka jakich setki mijamy każdego dnia nawet tego nie zauważając. Nie wyjątkowa, nie szczególna, nawet nie charakterystyczna.
I takie miały być ubrania. Proste, wygodnie, nie ekstrawaganckie, może nawet tuzinkowe, zwykłe, zwyczajne. Prawie szare. Ale tylko prawie, bo nie chciałam żeby było zbyt banalnie. Stąd właśnie delikatne prawie pastelowe barwy no i jeans, wiecznie żywy, nieśmiertelny. Nieodzowna neutralna baza, coś co tygryski lubią najbardziej, coś bez czego żadna kobieca szafa obejść się nie może.
Zdjęcia proste, nieskomplikowane w pozowaniu, bardzo oszczędne w wyrazie. Grzeczne. Zwykłe. Zwyczajne, nawet nudne. Bez szczypty photoshop'a.

Bez dalszego zbędnego i nudnego biadolenia z mojej strony zapraszam

Kolekcja: 50 shades of Grey'sAnastasia
Modelki: Ania, Anja, Daria, Summer, Paul