niedziela, 24 maja 2015

Cinderella numer 4

a w zasadzie powinnam napisać ze numer 5 bo przecież praktycznie numer 4 właściwie trafił do kosza lub na resztki.
Przyznam ze tu było ciężko.
O ile poprzednie sukienki napędzały pomysłem jedna drugą tak tutaj biała dziura, nic, zero.
No a kiedy coś się już ruszyło to ostatecznie i tak  skończyło w koszu.
Może niepotrzebnie ograniczałam się moimi założeniami. Bo musiało być wąsko, bo przylegająco, bo fajnie gdyby tańczyło na wietrze i koniecznie z tiulem w roli głównej - tak by pasowało do pozostałych sukienek z kolekcji. 

No i wyszło trochę śmiesznie. Bo założenia oczywiście spełnione, można powiedzieć w stu procentach, ale gotowa sukienka raczej nie wygląda na część kopciuszkowej garderoby.
Poszłabym bardziej w kierunku macochy Kopciuszka, Czarownicy Diaboliny, czy może żony króla podziemia Hadesa - Persefony. Całkiem na miejscu byłaby też Cruella od Dalmatyńczyków :) 
Wszystkiemu winny jest oczywiście ten kolor. Ale co ja zrobię skoro nieco elastyczny tiul posiadałam (i posiadam nadal) tylko w tym kolorze.
Mówi się trudno.

A tak poza tym, tak całkiem na marginesie. Co ja na to poradzę, że cała Disney'owska drużyna widziała Kopciuszka tylko w bieli i błękitach wciągając nas w ten niedorzeczny schemat. Naprawdę czyścić kominki i paleniska w błękitnych sukienusiach i białym fartuszku??
Przecież czerń w najważniejszym momencie jej życia staje się jej znakiem rozpoznawczym. Tworzy ją, definiuje.  
I dlatego ja, na przekór wszystkiemu i wszystkim, postanowiłam to uczcić tworząc właśnie taką kopciuszkową kreacje ;P.

I dodam tylko że mi się podoba, a już najbardziej w wietrzny dzień.
Nawet jako "black" :)

A to z czego suknia powstała:



Niewiele jak na balową suknię, prawda?
Sama baza powstała bardzo szybko. Dwie zaszewki na sukience i jedno wszycie w nią ogona. Pozostałe górne warstwy są doszyte tylko u góry, by móc spektakularnie powiewać na wietrze. W zasadzie kilka minut roboty.
Tym razem podczas szycia nawet sprzyjała mi pogoda, bo jak tylko doszyłam kuperek na zewnątrz rozpętał się duży wiatr. Nie myśląc ani chwili odziałam Beti w dzieło niedokończone i postawiłam na wietrze.
I się nie zawiodłam. Sukienka pięknie tańczyła w takt wietrznej melodii. Szkoda tylko że zamiast pięknie świecącego słońca, które wydobyłoby iskrzenie brokacików na tiulu, towarzyszyło nam duże zachmurzenie.
Ale nie można mieć wszystkiego.




Zostało mi tylko zakryć strategiczne miejsca cekinami. Myślałam czy nie doszyć czegoś bardzo jasnego, by przełamać tą ciemność, ale suknia straciłaby na elegancji i klasie. Zresztą, cekiny które naszywałam nie są klasycznie czarne, a  z fioletowo zieloną poświatą.

Żałuję tylko, że sesja nie jest taka jaka sobie wymarzyłam.
Chciałam zdarzyć przed siostrzanymi odwiedzinami, więc robiłam ją w domu, późnym wieczorem, zahaczając o nocne godziny.
Dlatego nie ma wiatru, sukienka jest bardzo stateczna. Dlatego nie ma słońca i jej główna ozdoba nie miała możliwości rozbłysnąć tysiącem migotań, a przez sztuczne światło Daria świeci się jakby wyszła prosto z Gym Factory po sześciu godzinach intensywnego cardio.

Niewykluczone, że sukienka się jeszcze na blogu pojawi. Myślę że to więcej niż prawdopodobne.

Zapraszam wiec, z bólem serca, chyba do najmniej udanej sesji w mojej karierze.

Kolekcja: Cinderella
Modelki: Daria


P.S. siedzisko już po zmianach :)














sobota, 23 maja 2015

Żywioły - OGIEŃ

W kąciku Pszczółki M witam ponownie :)

Dzisiaj druga wersja balowej sukienki  i tym razem OGIEŃ
Pomysł na tą sukienkę był jeden. Wykorzystać tiulowe tasiemki sprute z poprzedniej nieudanej Kopciuszkowej kreacji.
Problemem z tą sukienką było tylko znalezienie odpowiedniego koloru góry który pasowałby do kolorów tiulu. Szczęśliwie miałam kawałeczek materiału który został mi po odcięciu rękawków od mojej bawełnianej sukienki.
Kiedy szyje się dla lalek warto czasem chomikować takie malutkie, teoretycznie niepotrzebne kawałeczki materiałów. 

Góra znów powstaje z prostokąta. Tym razem dekolt wzmacniam kawałkiem aplikacji, który nie tylko ma zdobić sukienkę ale przede wszystkim wzmocnić górę naszej sukienki, bo to nic innego jak ozdobna gumka.

 

Szycie zaczęłam od podłożenia góry i równocześnie przyszycia ozdobnej gumki. Podczas szycia naciągałam trochę gumkę, tak by potem dobrze trzymała kieckę nad biustem.
 



I.....   niespodzianka :(
Wymyślony dół okazał się klapą.
Tiul? - po tysiąckroć tak, ale w jednym dużym kawałku. Maleństwa zupełnie nie trzymają ani formy ani fasonu :)
Wyglądają słabo, biednie i zupełnie niereprezentacyjnie.
Trzeba było wymyśleć coś na szybko. Póki zapał tworzenia nie ostygł.
Mogłam przy tiulu zostać, tym razem w wersji makro. Ale jaki kolor?
Czerń pasowała całkiem dobrze, tylko czy jest odpowiednia dla małej dziewczynki, nawet jeśli ma drobinki brokatu.
Róż odpadał, bo ileż można mieć różu w różu, z różem i na różu.
Jasny jakoś tak zgrzytał nieprzyjaźnie.
Zostałam przyparta do muru, a czas uciekał.
No i jak to z nożem na gardle bywa, oświeciło mnie nagle, że mam przecież apaszkę do zniszczenia. Z różem, z czernią, odrobinką białego.

Nastąpiła zmiana koncepcji. Nowa sukieneczka będzie miała dwie falbany. Dłuższą i krótszą.
I tutaj muszę Was za wczasu ostrzec. Apaszki zupełnie nie nadają się do szycia detali. Rozchodzą się w palcach przy podkładaniu, prują na szwach. Próby walczenia z nimi to kompletna strata czasu.
No chyba, że chce się wykorzystać je w dużych elementach :)
Dokładnie tak jak moje dwie wielkie falbany .
 


Ja zrezygnowałam od razu z podkładania materiału.
Po pierwsze jest to dużo bardziej praktyczne i wygodne, a po drugie i chyba nawet ważniejsze, apaszki zazwyczaj są z bardzo cieniutkiego i przeźroczystego materiału, więc wskazane jest szyć z nich na kilka warstw.
Ja poskładałam moje długaśne (na całą szerokość apaszki) prostokąty lewą stroną na pół, zszyłam tylko jeden długi bok (z dużym zapasem, tak by materiałowi do głowy nie przyszło się popruć), a powstały tunel przewróciłam na stronę prawą. Bombkowe falbanki były gotowe.
Moje zostały zaprasowane, uważałam że dla tego modelu lepiej sprawdzą się właśnie takie
 


Żeby skrócić sobie pracę postanowiłam sfastrygować i zmarszczyć dwie falbanki równocześnie, tak by razem doszyć je do góry, ale trochę się przeliczyłam. Nagromadzona ilość materiału była trochę zbyt wysoka dla mojej maszyny, dlatego musiałam zmarszczyć i przeszywać każdą z osobna.
Ale i tak zajęło mi to tylko około pięciu minut :)

 
Zostało mi tylko zszycie całej sukieneczki na całej długości i  gotowe !!!

 
 
Z wielką więc przyjemnością prezentuje drugą sukienkę z kolekcji Żywioły, która również powędruje do małej Pszczółki.
Liczę na to że Wam się podoba, a szczególnie spodoba się jej przyszłej właścicielce, bo jeśli nie....
to chyba się potnę
 
No i oczywiście zapraszam na sesję
 
Kolekcja: Żywioły - OGIEŃ
Modelki: Ania
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

A na deser, obie Panie :)
W końcu woda i ogień nie mogą żyć bez siebie ;P






 
P.S. Na jednym ze zdjęć kolejny żywioł się zaspamował :D

piątek, 22 maja 2015

Niezwykle szybka produkcja dla małej fashionistki odsłona 2 - Żywioły

"Kącik Pszczółki M"...

czyli ponownie mały instruktaż jak szybko, łatwo i nieskomplikowanie powiększyć garderobę lalek sprawiając przy tym ogromną radochę małym fashiofankom :).

Tym razem postanowiłam umieścić zdjęcia z kolejnych etapów pracy, tak by czarno na białym udowodnić że jest to dziecinnie proste, nawet dla amatorek szycia. Zresztą, można traktować to dosłownie jako ściągę przy własnych projektach :P. 

Oczywiście nie muszę chyba dodawać że głównym powodem moich instruktażowych wpisów jest nowa malutka fanka "Pszczółka M". I nie ukrywam, że każde kolejne odsłony są tworzone pod nią, pod jej gust i jej zamówienia.

Dlatego tym razem tematem jest balowa sukienka. Pszczółka jest rasową dziewczyńsko-królewnianą dziewczynką dlatego jej Barbioszki muszą posiadać długie suknie balowe. A ich wykonanie wcale nie musi być trudne, o czym wkrótce przekonacie się na własne oczy. 

Zaplanowałam, że wszystkie uszyte sukienusie pojawią się w jednym wpisie, tak jak miało to miejsce z bluzeczkami. Krótki opis wykonania, dwie fotki sukienki, szybka wspólna sesja na balkonowych doniczkach i po zawodach.
Rach-ciach i gotowe.
Muszę jednak przyznać, choć zabrzmi to wyjątkowo nieskromnie i bałwochwalczo, efekt końcowy, łącznie z sesją i nazwaniem kolekcji, przeszedł moje najśmielsze oczekiwanie i muszę zrobić to trochę inaczej.
Bo tutaj wszystko nie poszło tak jak planowałam pierwotnie, ale za to dużo lepiej :)

Zacznę od tego, że w głowie powstały tylko dwa pomysły na sukieneczkę i na dodatek jeden niewykonalny, bo materiał z jakiego planowałam ją uszyć okazał się dużo bardziej sztywny niż go zapamiętała moja głowa.
Ale był przecież pomysł numer 2, świeżo zakupione bluzeczki z Pepco, resztki poprutej wcześniej sukienki....
I zanim zasiadłam do maszyny do szycia miałam już przygotowany materiał na trzy kiecki. A jak złapałam pomysł na szybką sesję zobaczyłam w nim trzy żywioły czyli kolekcję z krwi i kości.

Nie było innego wyjścia, moje próby szycia muszą zakończyć się stworzeniem kolekcji a jej uwieńczeniem musi być zawodowa sesja :)
A jak zawodowa sesja i kolekcja, to nie może się to zamknąć jednym wpisem :)
Tym bardziej że nie mam jeszcze żywiołu numer 4 :(

Dzisiaj swoja premierę ma: WODA

Ta sukienusia powstawała najdłużej, gdyż większość szycia musiała być wykonana ręcznie.

Do jej wykonania potrzebowałam kawałka rękawa z dziecięcej bluzeczki (chyba poznajecie mój ostatni materiałowy zakup :)), ręcznie wycinanych ćwiartek koła które stworzą dół sukienki i trochę ognia.
Górę wycinam ze sporym zapasem na długości. Nadmiar materiału nie przeszkadza, lalce jest cieplej w pupę ;), a w razie wypadku czy zmiany koncepcji można to użyć, lub ostatecznie obciąć po zakończeniu szycia.
Ćwiartki koła wycinane są ręcznie, bez wzorca, bez centymetra. Ja wycięłam sześć sztuk najdłuższych, cztery sztuki średnich i resztę najkrótszych.
Nie ma obowiązkowej liczby wycinanych elementów. Ogranicza Was tylko wyobraźnia i koncepcja. W moim przypadku dół miał być trochę "na bogato" stąd tyle części.
P.S. Dół zainspirowany jest ostatnim projektem Cinderelli, którego nie miałyście jeszcze okazji zobaczyć :)


Ponieważ szyję dla małej dziewczynki, staram się aby góra była jak najprostsza,
żeby łatwo się wciągała na lale, a przy tym nie opadała potem irytująco z ciałka.
Dlatego i tym razem sukieneczkowy gorsecik będzie prosty, w formie prostokąta. Ale żeby nie było monotonnie i żeby jednak mimo wszystko ubranka różniły się od siebie jak najbardziej, tym razem dodamy rękawki w ramach eksperymentu.
Dla bezpieczeństwa i lepszego trzymania na biuście, przy podwijaniu i obrabianiu góry topu wszyłam cieniutką gumeczkę (taką grubości nitek).
Akurat mam wygodę, bo wrzucam na maszynę zygzak i obszywam wokół, gumeczki, ale można też podszyć ściegiem zwykłym i tylko przepuścić gumkę w tunel (nawlekając na igle jak zwykłą nitkę). Do szycia długość gumki jest większa niż samej bluzeczki, tak by nie musieć walczyć z marszczącym się pod je wpływem materiałem.

(przepraszam za paznokcie - kładłam kabel pod polbrukiem) 

Zszywam tył sukienusi robiąc małe wcięcie przy pasie -podkreślając jej talię lalka wygląda wtedy szczuplej :)
Na tym etapie zciągam gumeczkę, tak by trzymała górę nad biustem i w zasadzie pół sukienki gotowej :)

 
Tym razem zamarzyły mi się rękawki.
Nic prostszego. Dwa prostokąty na szerokość lalkowej dłoni i voila!!

 
Rękawki doszyłam ręcznie do bluzeczki. Jeśli będą stanowiły problem podczas przebieranek, łatwo będzie można się ich pozbyć.
Najwięcej pracy było z dołem.
Tak jak w przypadku gór zależało mi żeby doły również różniły się od siebie tak bardzo jak się da. Chciałam, żeby Pszczółka dostała możliwie największą różnorodność w ubrankach, a jeśli przy okazji mogę pokazać i natchnąć przyszłe projektantki...
Tutaj zainspirowałam się już stworzoną ostatnio przeze mnie sukienką. Oczywiście wszystko byłoby prostsze i piękniejsze gdyby materiały się nie siepały, albo każda para nożyczek podczas cięcia mroziła, czy topiła linie cięcia.
Niestety.
Magicznych nożyczek nie posiadam, a zdecydowana większość materiałów jakie znajdują się w domu, siepie się okropnie. Dlatego zostaje mi ogień świeczek.
I właśnie opalanie ćwiartek koła nad podgrzewaczem było najbardziej praco- i czaso-chłonne. 
Części dołu były doszywane ręcznie, dookoła linii bioder, a potem szłam z ćwiartkami wyżej  i wyżej. Na sam deser doszło doszycie kilku cekinów tak żeby ukryć linie szycia i gotowe !!!!
Szybko, łatwo i przyjemnie - dokładnie tak jak obiecałam :)


 

A to już zdjęcia oficjalnej sesji do kolekcji żywioły:

Kolekcja: Żywioły - WODA
Modelki: Anja














P.S. nie wiem dlaczego zdjęcia na blogu mają taką kiepską jakość, w przeglądzie wyglądają dużo lepiej
P.S. 2 a dzisiaj w międzyczasie tworzenia tego wpisu powstała też czwarta sukienka - powietrze. Kolekcja gotowa - Boże błogosław łazienki i gorące prysznice :D

Znów zakupy

No ja to nie mogę chodzić po mieście.
Oczywiście nie mogło być inaczej i znów wydając kasę zarobiłam kupę szmalu.
Tym razem Pepco.
Od dawna szukałam jakiejś milusiej kraty na sofkę, podnóżek, fotelik, tapczan czy coś w tym rodzaju. Szczególnie po szczęśliwym stworzeniu w ostatnim czasie  tego mojego zielonego, niezwykle nieprzyjemnie zimnego podnóżka.
Tak mi się marzy coś równie ładnego ale dużo przyjemniejszego i przytulnego. Barbie ma coprawda plastikowe dupsko ale dlaczego nie posadzić go na miły pluszek, nawet jeśli oznacza to czepianie się wszystkiego do takiego obicia.
No i wchodzę ja sobie "przy okazji" do Pepco, od razu obieram kierunek na przeceniony kosz i przeszukuję. Szarpię, przerzucam, przewalam, kotłuję.... aż  w moje ręce wpada śliczniutka spódniczka dla małej dziewczynki.
Materiału nie ma za wiele, o obiciu całej kanapy nawet nie ma co myśleć, ale jaki milusiński, jeszcze z podszewką i tiulową falbanką, ma dodatek materiał w kratkę, o fioletowym kolorze nawet nie wspominam. 
Marzenie, cudeńko. Tylko metki z ceną brak.
Teoretycznie możnaby podejść do kasy. Swoje odstać, bo tam zawsze kolejki, uprzejmie zapytać panią o cenę. Ale bez metki i nawet kodu cyfrowego uprzejma pani mogłaby mieć kłopot, więc równie uprzejmie musiałaby poruszyć niebo i ziemię, włączając w to przywołanie kierowniczki, czy starszej szefowej sklepu żeby informacji mi udzielić. Nie wiem dlaczego, ale przecenione ciuszki mają tam nadawany specjalny priorytet.
Myślę sobie że to boski znak z tą metką, a raczej jej brakiem. A ponieważ w koszu drugiej takiej spódniczki nie znalazłam, najwidoczniej miała ona pozostać poza moim zasięgiem.
Jednak zanim zdążyłam oddalić się stamtąd choćby na krok, mam dostaję boski znak numer 2.
Jak grzyb po deszczu, przede mną staje pani z obsługi. Po twarzy poznaję dłuższy pepcowy staż, wiec ryzykuję i pytam.
Pani bez żadnego problemu informuje mnie że wszystko co w koszu jest po pięć złotych.
A ja przecież jeszcze widziałam taką bawełnianą bluzeczkę w paski. Bawełna jak bawełna, paski jak paski, ale za to miała niebieskie mini cekinki, w skali lalkowej dość sporo. Coprawda przecena z piętnastu na dziesięć wydała mi się zbyt mała więc ją odłożyłam. Ale jeśli jest jeszcze tańsza jej zakup wydał mi się nagle niezwykle rozsądny :)
No i malusia chłopięca koszula w kratę. Od dawna obiekt moich zerkań, ale znów piętnaście złotych (po przecenie) było dla mnie ceną zaporową. Co innego piątak :).
I tak przypadkiem, nie dość że uszczupliłam zawartość kosza z przecenioną odzieżą, to jeszcze uszczupliłam zawartość mojego portfela o dodatkowy, trochę niepotrzebny z perspektywy czasu zakup poszwy na poduchę. Zapewne będąc w tym zakupowym szale spotęgowanym euforią przecen, działając kompletnie impulsywnie i nieprzemyślanie, do kosza dorzuciłam poszwę na poduchę, bez przeceny.
Ale trudno. Przeżyję ten wydatek, a lalki albo dorobią się kocyka, albo nowego siedzenia.

środa, 20 maja 2015

Czas demolki

Jestem jak  dziecko Rosemary dla Rosemary, jestem jak Joker dla Batmana, jak Cruella De Mon dla 101 dalmatyńczyków, jak pierścień dla Golluma czy kryptonit dla Supermana.
Dopadła mnie niszczycielska passa.
Nie mogę wpaść na pomysł wykończenia mojej wymarzonej, na chwilę obecną, leżanki. Choć nazwanie całej konstrukcji podtrzymującej siedzisko "wykończeniem" jest ogromnym niedomówieniem. I myślę sobie że tak mnie to musiało podświadomie irytować, że bez większego zawahania, jak to ze mną często bywa, rozwaliłam całe przygotowane do teraz siedziskowe pikowanie. Niby nic, ale prawie 40 pikowań to nie jest jak splunąć, potwierdzą to z chęcią moje nadwyrężone naciąganiem nitek paluszki.
No to nie dość że nadal nie mam całej konstrukcji to jeszcze teraz siedzenie jest w rozsypce.
Nic, tylko mi pogratulować.
Tylko po co, w tym destrukcyjnym pędzie, zatrzymywać się na jednym głupim mebelku.

Chwaliłam się przecież ostatnio że zasiadłam do kolejnej Kopciuszowej kiecki.
I nie kłamałam. Znienacka zapaliła się iskra inspiracji, potem były dwa wieczory wycinania, było fastrygowanie z marszczeniem. Kolejne dni konspiracyjnego szycia na maszynie.
Pomysł niby super. Prawdziwe barbiowe firmowe barwy bo mocny róż połączony z czernią. Wyglądało to fajnie świeżo, ponieważ taki zestaw kolorów na blogu jeszcze nie gościł. Nawiązywało i materiałem - bo szyfon, i krojem - bo wąsko do istniejących kreacji z tej kolekcji. No to wszystko powinno tu zagrać.
Ale zamiast grać tylko poplumkiwało i to na dodatek fałszywą nutą.
A im bardziej prace się posuwały do przodu, tym większe obawy im towarzyszyły. Mimo wszystko jednak się posuwały. W duchu liczyłam na magiczne wykończenie cekinami. Wszystko miało się jakoś tak spiąć w jedną cudnie wyglądającą całość.

No i się przeliczyłam.

A przeliczona wprawiłam bez żadnego żalu nożyczki w ruch i z teoretycznie przecudnej balowej sukienusi pozostało to:





O ironio, sukienka na zdjęciach zamiast pokazać swoje prawdziwe okropne oblicze wygląda całkiem ładnie i ciekawie.
Oczywiście jest to wyłącznie efekt upiększającej magii fotografii i pewnie również mojego ustawienia fotografowanej sukienki. Jednak gwarantuję, że na żywo wygląda to po prostu nieciekawie.
Do zdjęcia zdążyłam już wypruć cały dół sukienki. To złudnie dodało jej miękkości. Dorzucając do tego fantazyjny ogon z kulki wyprutych pasków tiulu zrobiłam optycznie całkiem ciekawy tren. Ale to wciąż tylko złudzenie optyczne.
Na zdjęciu widać że góra sukienki dosłownie stoi o "własnych siłach". Razem ze sztywnym stojącym dołem, a wierzcie mi że stał, wyglądało to tanio i słabo. Żadnej fantazji, żadnego polotu, żadnej klasy.
Tandetna, nakrochmalona szmatka.
I nawet cekinki nic tu nie pomogły.

Więc musiało się to tak skończyć, a biedna Daria musi dalej czekać na swój czas i swoją kieckę.

Najwidoczniej nie tylko że jestem kiepską recenzentko-adwokatką, ale wygląda na to że i także projektantko-szwaczką :(

Ale niespodzianka !!!!!

Wygrałam nagrodę w filmweb'ie !!!!!!!!
Pierwsza rzecz jaką udało mi siew życiu wygrać, oczywiście poza skreśleniem "trójki" w totka.
Ależ się ucieszyłam !
Wcześniej, razem z Anią  doszłyśmy do wniosku, że szanse na nagrodę są marne, bo tak jak w przypadku Kopciuszka z Grą o tron będzie równie trudno z powodu ogromnej konkurencji.
Kopciuszka przegrałyśmy obydwie, ja nawet dwukrotnie, założyłam że ten sam los spotka mnie w sprawie Gry... I tak jak z Kopciuszkiem codziennie zaglądałam na stronę sprawdzać czy konkurs rozstrzygnięty i czy jest informacja o wygranej na skrzynce mailowej, tak tutaj zupełnie sobie to odpuściłam.
Dziś zaglądam, po chyba dwutygodniowej przerwie, lista konkursów nierozstrzygniętych malusieńka, Gry o tron w nich brak, myślę że zajrzę na skrzynkę, tak na wszelki wypadek, przynajmniej powyrzucam ten spam, co mi tam zawsze z Onetu przysyłają.
Wchodzę, patrzę, no oczom nie wierzę !!!

Witaj,

miło nam poinformować, że wygrałeś/aś nagrodę w konkursie "Gra o tron - sezon 4".

Wybrali moją historię !!!!!
Nawet zapomniałam co dostanę w nagrodę, czy książkę czy film.
Zresztą nieważne, wygrałam !!!!!!
Moje dalsze losy bohaterów krwawej i bezlitosnej powieści spodobały się komisji konkursowej.

Szkoda tylko że nie docenili moich Kopciuszkowych wypocin.
Chyba wolałabym zostać doceniona w tamtym konkursie :( 

No trudno, widocznie jestem lepszą scenarzystką niż recenzentko-adwokatką ;)

AKTUALIZACJA:
Do wygrania były dwa egzemplarze czwartego sezonu gry o tron na DVD  :)
Jestem wśród dwóch zwycięzców !!!!!!!!!!!