środa, 3 września 2014

Może i quick ale zawsze na najwyższym poziomie

I to jest cała Daria.
Tutaj nie ma opcji na kiepską sesję.
Tutaj może być jedynie kłopot z kiepskim tłem :)

Wczoraj nie wspomniałam o wielkiej dla nas rocznicy. Szczególnie w obecnej makro sytuacji należy pamiętać że 75 lat temu (już bez jednego dnia) rozpoczęła się okropna II Wojna Światowa która przyniosła  tylko śmierć milionów, zniszczenia, ruiny i obozy koncentracyjne (oraz bogactwo dla ameryki, ale to osobna historia i nie na tego blogg'a).

Nie znajdzie się tutaj  kolekcja inspirowana okresem wojny, jak to miało miejsce przy obchodach 70-tej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego gdzie jedna z firm wypuściła na rynek koszulki z nadrukami krwawiących ran, a pewien portal modowy ogłosił konkurs wśród, ostatnio modnych tak blogerek, na najlepszą stylizację nawiązującą do tamtych czasów.  
Dla mnie osobiście było to używając delikatnego języka, niezwykle niestosowne, żeby nie powiedzieć po prostu debilnie głupie i nie do przyjęcia.

U mnie za to Daria w limonkowym wydaniu Quick & Easy.
Fotogeniczna, piękna prawie w każdej pozie, uśmiechnięta, i tylko nieco niestabilna. TO już druga lala której ruchome części kończyn zaczynają przerwy we współpracy. Postawienie jej na nogach zaczyna już graniczyć z cudem.
I tak to zresztą wyglądało na sesji.
Na szczęście te kłopoty kompensowała mi jej uroda. Oliwkowa skóra, brązowe włosy i zielonkawe oczy dobrze współgrają z lasem w każdej sytuacji :).
Moim zdaniem Daria jest stworzona do przytulania się do krzorów, siadania na pieńkach, ocierania o korę, i brudzenia każdej nowej kreacji w mokrym i farbującym mchu. Tym razem projektantka swoim pomysłem na sukienkę po prostu dała ciała.


Oceńcie zresztą same :)
























poniedziałek, 1 września 2014

Q&E nie zawsze i nie wszędzie


Chyba powinnam zacząć ten wpis od kompletnego kajania się. Mea kulpa, mea kulpa i jeszcze większa mea kulpa.
Szczególnie że zdjęcia do posta czekają już od prawie tygodnia.
No nie byłabym sobą gdybym oczywiscie nie miała świetnej wymówki na ten zastój w biznesie, choć wierzcie mi, zdecydowanie wolałabym jej nie mieć.
Dopadła mnie klątwa zębowej wróżki. Ja, gryzaczka lodów w każdej ilości , zębowa rozłupywaczka orzechów, wyśmiewca reklamy pasty na nadwrażliwość zębów zostałam boleśnie ukarana. Tak boleśnie, że już prawie od tygodnia jestem 24h/dobę na prochach przeciwbólowych. Męczę się jak przynajmniej rodząca kobieta. 
Ból, rwanie, kłucie dają o sobie zapomnieć na 2-3 minuty a potem znów 2 godziny cierpienia. W takiej sytuacji zdecydowanie ostatnią rzeczą o jakiej myślę jest siadanie przed komputerem i jakakolwiek próba skupienia myśli na czymś innym niż wmawianiu sobie, że w zasadzie "prawie nic nie boli". Ale koniec jęczenia, skoro już przed komputerem zasiadłam.

Jednak zanim do lalek przejdę - brawo dla TVP !!!
Żadna ze mnie fanka piłki nożnej i przyznaję się otwarcie, że wczorajszego charytatywnego meczu nie oglądałam. Nie wiem czy to z powodu mojej zbytniej nadnerwowości, obaw o szczękościsk i kolejne bezsenne noce, jednak co jakieś 5 minut zerkałam na wyniki i nie ukrywam, były zgodne z moimi oczekiwaniami. I choć moja ukochana i jakże życiowa "Brzydula", "Lekarze" czy "Kropka nad i" są produkcją właśnie tvn to sercem byłam z telewizją publiczną. TVN zbytnio obrosło w piórka przez te kilka meczy rozegranych z Donkiem T. i jego drużyną nierobów-polityków.
I jakkolwiek wyśmiewają się z nich Pan Elokwentny i Błyskotliwy Prokop, nieco oklapnięty Król TNV Kubuś Wojewódzki i Wybitny Aktorzyno-Kobieciarz Szu Wielki Nowicki to trzeba przyznać, że bracia Mroczek przynajmniej w obszarze rekeacyjno-sportowym czegokolwiek się dotkną odnoszą sukcesy, bo i taniec z gwiazdami, i biegi i teraz piłka nożna. A żaden z nich, w przeciwieństwie do wielkich ikon polskiej telewizji i kina takich  jak drewniana Kasieńka H.C. aka Sexi Mama, Błyskotliwy Wszędzie Obecny Wielki Cyc - projektantka dziecięcych kocyków Anna M. (niegdyś życiowa partnerka tvn'owskiego króla) czy Wschodząca Star świecąca przez pół filmu Big L na przemian gołymi cyckami, tyłkiem czy pipką Agnieszka M. wcale nie czują się wielkimi aktorami na miarę przynajmniej Grammy czy Oskara (co im się zarzucało w swoim czasie).
Dlatego gratuluje ekipie TVP, nie rozwodząc się dalej nad słusznością czy celowością takowych przedsięwzięć, bo nie tu tego miejsce.

Quick & Easy
Kolekcja powstała quickly, nawet bardzo quickly  - trzy sukienki w jeden dzień. Nic dziwnego skoro to tylko kawałek prostokątnej bawełny z doszytym ozdobnym wykończeniem. Żadna filozofia. Niestety, z powodu tego quick, zaliczyłam również kilka niedociągnięć, ale tak to jest gdy szyje się na akord, bez czasu, spokoju i bez przymiarek.
 
Dlaczego powstała? Tworzenia pierwowzoru nawet nie pamiętam, bo było to rok temu, ale ile razy chciałam dołączyć ją do nowo powstałych kolekcji nigdy tam nie pasowała. Gdzieś zawsze brakowało części wspólnych. Aż tu przy reorganizacji z powodu przyjazdu siorki pomyślałam czemu by nie stworzyć może nie bliźniaczych ale siostrzanych sukienek. Pogoda była ładna, domownicy spędzali czas na ogrodzie, pomyślałam why not.
Uszyłam, wyprasowałam, ubrałam, uczesałam, spakowałam, wybrałam się na szyszeczki i  ...... klops.

Okazuje się, że pomimo wcześniejszego, totalnego i absolutnego zafascynowania lasem nie jest on rozwiązaniem moich wszystkich kłopotów.  
Niby jest ładnie, niby zieleń, błękit prawdziwego polskiego lasu, mróweczki łażące po moich spranych tenisówkach, nawet słońce które ostatnio ukrywało się na widok mojego aparatu za chmurami tym razem postanowiło mi towarzyszyć (co po przerzuceniu zdjęć do komputera jakoś także nie zagrało najlepiej), a i tubylcy widocznie już przyzwyczajeni moją tu bytnością jakoś także przestali mnie nachodzić. No jednym słowem sielsko-anielsko, a jednak coś było nie tak.
Plastic fantastic kiepsko korespondował z promieniami słonecznymi.
Anja zupełnie odmówiła współpracy. Prawdopodobnie wysoka temperatura zcinała ją z nóg. Lalka mimo wsparcia szyszkowego, gałązek i mchu nie potrafiła utrzymać pionu.
Super nowe miejsce okazało się również wymagające co do położenia fotografa bo 3/4 moich pozycji pojawiało się w postaci cienia na zdjęciach więc kąt pstrykania był również ograniczony.
Jednakowoż nie poddając się napstrykałam sporo fotek, uzbierałam dwie reklamówki szyszek, wróciłam do domu, przerzuciłam zdjęcia i .... już wiedziałam że praca poszła na marne. 
W międzyczasie z wielkiego świata przyjechała siostrunia. Wylaszczona że ho ho (i to nie to gwiazdorkowe ho), zrelaksowana, szczęśliwa, spełniona. Niby tylko tysiąc kilometrów a jakby inny świat.
Pobyła, wróciła do siebie a ja zostałam z kompleksami, nieudaną sesją i postanowieniami zmiany swojego życia.
Nowe życie zaczęłam od biegania, a dokładniej postanowień że będę biegała, jednego bardziej spaceru niż rekreacyjnego joggingu którego efektem były nadciągnięte mięśnie łydki i dwie garści jarzębin, ale co najważniejsze - nowym pomysłem na prostą sesję mojej kolekcji Q&E.
I chyba takie easy było potrzebne nowej kolekcji.
Efekt na zdjęciach wydał mi się o niebo (i las) lepszy od pierwszego podejścia.

Co do samej modelki, cóż Anja, w przeciwieństwie do swojej bardziej znanej imienniczki, po raz kolejny mnie nie zachwyciła. To już jej kolejna średnia sesja. I albo z modelką coś jest nie tak, albo fotograf trąba. Może czas pomyśleć o zmianie make-up'u albo bardziej drastycznej wymianie modelki, skoro Anja jest już i tak poluzowana.

Na tą chwilę zapraszam na Quick & Easy w klasycznej wersji biało-czarnej.
A na potwierdzenie mało udanej leśnej sesji załączam dwa dowody :)

 
























niedziela, 10 sierpnia 2014

3L czyli Lato Las & Lalka w kwiatki

Stało się, I did it czy tam amen.
(no i jak na niewiele praktykującą katoliczkę znów kościelne nawiązanie)


Jest letnia pora, jest las i moja ostatnia z ruchliwych modelek -Sommer w sukience z kwiecistym motywem.
Prawie jak zwykle miało być inaczej a wyszło jak wyszło.
Sommer także miała dostać specjalnie uszytą na ten wypad sukienkę, bo mam idealny dla niej kawałek materiału. Liczyłam że wpadnie mi do głowy jakiś wymagający minimalnego szycia pomysł, ale umiesz liczyć na moją głowę? To nie licz.
Zakładam również najgorszy ze scenariuszy na najbliższy czasokres, czyli kolejna blokada twórczo-produkcyjna do domu znów zawitał sezon urlopowy, za chwil parę przyjazd siostrzyczki i zdecydowanie elektryzująca atmosfera w związku ze wzrostem zaludnienia na m2.
Stanęłam więc przed wyborem - albo coś znajdę w gotowych ubraniach i dokończę projekt, albo będzie klapa.
Dlatego Sommer, w przeciwieństwie do poprzedniczek, jest zapowiedzią nowej kolekcji "Flower Lady". W motywach kwiatowych zakochałam się w dniu w którym otrzymałam katalog na wiosnę/lato Orsay'a. Była tam laska w marynarce i spodniach z kwiatami.
Byłam tak zauroczona kompletem że zdecydowałam się nawet przymierzyć podobne spodnie - mojego kompletu w sklepach jeszcze nie było. Szczęście w nieszczęściu moje krótkie grube nóżki nie wyglądały ani ponętnie, ani seksownie, ani nawet długo. Krótkie, krzywe beczułki owinięte w dosyć obcisły obrus.
Fascynacja kwiatowa jednak nie minęła i nawet pomimo nieudanej próby w Orsay'u szukałam jeszcze szczęścia w innych fasonach. Ale zawsze coś było nie tak. Za to moje dziewczyny.....
Nie ma co ukrywać, są wystarczająco idealne nawet na najbardziej pstrokate i ołąkowane motywy stąd postanowiłam zainspirować się kwiatami w ich garderobie. Jak zwykle to była, nie znalazłam idealnego materiału z kolorową łąką na białym tle (o mini  rozmiarach kwiatków nawet nie próbowałam marzyć) nie znalazłam nawet materiału bliskiego ideałowi, stąd powstałą bardzo luźna wariacja na temat mojego kwiatowego garnituru.   
Tyle o genezie "Flower Lady" (która, obiecuje, nie zakończy się na tym sportowym szyku, ale będzie jeszcze miała wiele odcieni).


Sommer w obiektywie jest równie fotogeniczna co pozostałe laleczki, choć zawsze obawiam się o jej delikatnie małpowatą twarzyczkę. Bo Barbie, moje drogie nieznawczynie tematu, posiadają różne kształty twarzy czyli moldy. Jest mold tradycyjnej Barbie blondyny, jej przyjaciółki trzpiotki, która zazwyczaj ma rudawe włosy i jest mniej szykowna i glamour (i to ten jest bardzo lubianym moldem wśród zbieraczek), oraz mold latino- afrikano, która zazwyczaj ma ciemniejszy kolor skóry i wspomnianą już wyżej  małpowatą twarzyczkę. 
Dobrze, że prowadzę tego bloga tylko w wersji polskiej, bo  JLo mogłaby poczuć się nieco obrażoną.
Obrażanie czy nie, fakt jest faktem, Sommer jest delikatną małpiatką.

Tym razem modelce jako tło towarzyszy chwilami osobnik rodzaju męskiego.
Wyprzedzając pytanie odpowiadam że nie jest to Paul.
Z tą swoją blond szopą nie wpisywał się w żaden sposób w wizję miedzianej sesji.
Za to genialnie pasował do niej labradorek Prado, który pełnił rolę nie tylko genialnego drugiego planu ale był też świetnym odstraszaczem na ewentualność ponownego spotkania z tamtym pchlarzem. Taki gwarant minimalnego spokoju.
Dobra, trochę ściemniam.  
Prada spotkałam przy wejściu do lasu, on właśnie kończył spacerek z Panem, ja zaliczałam teoretycznie kolejny wypad po szyszeczki. Wizja towarzyszenia przy sesji pieska była, przynajmniej teoretycznie, kłopotliwa bo:
a) koteczki nie potrafią się oprzeć lalkowemu towarzystwu dlaczego więc miałby się mu oprzeć pies - co byłoby kłopotliwe podczas pozowania
b) akurat ten pieseczek nauczony jest taskać po lasach konary twa razy większe od niego, a że za cholerę nie ma wyobraźni przestrzennej, nie raz już oberwałam takim kijkiem po nogach kiedy się do mnie zbliżał, co mogło oczywiście spotkać również Sommer, tylko skutki takiego muśnięcia byłby dużo większe dla sesji
c) nie dość że trzeba pilnować siebie przed oczami wścibskich to jeszcze dochodzi pilnowanie pieseczka żeby gdzieś się nie rzucił na jakiegoś szczekającego zdechlaka (w wersji optymistycznej dla mnie)
d) no i w przypadku potrzeby ratowania, czy złapania i utrzymania pieska z dala od intruzów gdzie jest czas na chowanie całego sesyjnego majdanu.
Jakby na to nie patrzeć towarzystwo Prada sprzyjało zdemaskowaniu mojego hobby, ale jak tu powiedzieć wujkowi, że nie wezmę pieska bo mi przeszkodzi w zbieraniu szyszek.
Dlatego jest.
Zachowywał się nawet prawie poprawnie. Sommer niewiele go interesowała, bo jak przy takich wymiarach konkurować z dziesiątkami wielgachnych konarów, dwa razy wyczuł na tyle wcześnie spacerowiczów, że zdarzyłam go zająć zabawą żeby nie musieć za nim latać po lesie za nowymi kumplami, poobijał trochę piszczele, skacząc do gałęzi wyrzucił pół reklamówki uzbieranych szyszek, ale takie koszty za udaną sesje....... to jak nic. 
A przecież w życiu nie ma nic za darmo.


Miłego oglądania
I do zobaczenia pewnie za jakiś czas
















sobota, 9 sierpnia 2014

I lalka potrafi podnieść ciśnienie

Bynajmniej nie chodzi tu o licytacje Poppy Parker czy Fashion Royalty na Ebay'u.
I tu taka zawaluowana wiadomość do moich bogatych czytelniczek czy przyszłych reklamodawców gdyby chcieli zrobić mi nie tyle wielką niespodziankę  co po prostu zrobić mi dobrze. Już wiem o czym marzę jako "nie"kolekcjonerka.


Prawie w stan przedzawałowy doprowadziła mnie Barbie za 40 zeta a precyzyjniej Barbie Daria na spółkę z jakimś karłowatym kundlem.


Ta lalka dostała sukienkę uszytą specjalnie na tą okoliczność, która idealnie pasowała do jej make-up'u, choć niekoniecznie do scenerii i skakania po drzewach (jak u pozostałej czwórki - i tu kolejna zawaluowana wiadomość, sesje będą cztery). Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że wcześniej sesje plenerowe nie wchodziły w rachubę stąd to nieprzygotowanie. Ale proszę o trochę czasu na rozpoznanie terenu a  może znajdę miejsca bardziej odpowiednie do kreacji, choć myślę też o bardziej sportowych kolekcjach.
 Niektóre z czytelniczek mogą sprawnym okiem wypatrzeć wspólny zakup do kolekcji "time for fun" ale już nie taki fun okazał się podczas krojenia i szycia tego materiału. Tak okropnie się siepie że poza tym jednym rozwiązaniem nie widzę dla niego żadnej innej alternatywy.


Kiedy ja skończyłam z Anią, a Ania skończyła w torbie głową w dół, pierwszy raz w życiu oczy Darii ujrzały zielony las. Nie ukrywam, jest to lalka która od pierwszego dnia jest kochana przez obiektyw i pewnie ze  wzajemnością. Jej wzrok skierowany w bok utrudniający ustawienie lalki przy zdjęciach grupowych, solo nie ma absolutnie żadnego znaczenia, a przecież czyni ją również wyjątkową. Więc ustawiam sobie Darię to na pieńku, to na drzewie, radocha przy tym coraz większa, na tyle większa, że tracę czujność.
I kiedy moja lalka i ja jesteśmy w "parterze" na mchu, skowycząc, jazgoląc na zmianę ze szczekaniem podbiega do nas kundel.
Pierwsza myśl to gdzie jest właściciel tego czegoś. Czy siedzi mi prawie na plecach, jak to zapchlone coś, zdając sobie świetnie sprawę z tego że klęczę nad lalką ???!!! Rozglądam się nerwowo ale niczego na wyciągniecie ręki czy kija nie zauważam.
To jednak wystarcza, żeby moje plecy i dłonie natychmiast zrobiły się wilgotne. Jakby ciężkie leśne powietrze po dwóch dniach deszczu nie było wystarczająco duszno-mokre.
Druga myśl jaka mi przychodzi, to obraz kundla który porywa moja lalkę i taszczy za włosy w pysku do zszokowanej zdobyczą Pani/ Pana. Póki co, jest to tylko obraz wykreowany przez moją wyobraźnie, ale to szczekające gówno stoi całkiem blisko mnie, nadal się drze a wizja kogoś kto oddaje mi pogryzioną lalkę nie jest przeze mnie szczególnie pożądane. Serce wali mi już jak po 25 kilometrowym maratonie.
Następna wizja to ja walcząca z psiorem o Darię -tym razem udało mi się chociaż zatrzymać tą farmę pcheł. On za głowę, ja za nogi, sukienka porwana, pośliniona, wyrwane włosy porozrzucane po mchu, odgryziona dłoń gdzieś obok pustej butelki po piwie czy czymś mocniejszym i właściciel lecący mi na pomoc, z rozdziawionymi oczami, bo właśnie zauważył lalkę. Do mokrych pleców i dłoni, walącego serca dochodzi ból głowy i trzęsące się ręcę.
I chyba na tyle w kwestii przyjemności i relaksu jakie to hobby miało mi dawać.


Na szczęście lalka na czas trafiła do plecaka, właściciel z większej odległości zawołał swojego kundla a ten w końcu zamilkł oraz się wycofał.


Tym razem zapraszam do obejrzenia efektów mojej nerwówki.