I w zasadzie tytuł powiedział już wszystko więc mogłabym załączyć kilka fotek i życzyć miłego oglądania.
Ale.... znacie mnie.
Fortel z szyszeczkami ma swój ciąg dalszy. I w tym temacie chciałabym pozwolić sobie znów na dygresję w kierunku czytelniczek właścicielek ziemskich oraz czytelniczek właścicielek pięknych kwiatków doniczkowych na oknach czy działkach
Szyszki to nie tylko alibi na sesje z lalkami w lesie, nie tylko estetyczne i ładne wypełnienie doniczek w każdym kolorze
nie tylko marny czarniejący substytut kory ale, jak udało mi się wyczytać na pewnym forum miłośników-ogrodników, jest jedyną inteligentną ściółką pod kwiatki, krzaczki i drzewa. Dokładnie dzień po wysypaniu swoich doniczek natura przygotowała mi test wytrzymałościowo-ochronny moich wypełnień. Pomimo szalejącej burzy, która poczyniła spore straty w ogrodzie, moje okna nie zostały pobrudzone ani jednym ziarenkiem piasku z doniczek. Okazało się przy okazji ze wszystkie szyszki się pozamykały. Rządna wiedzy przewertowałam internet i okazało się z powodu preferowania przez sosny i świerki suchego podłoża ich szyszki wypuszczają nasiona tylko na takie tereny. Zatem kiedy robi się mokro szyszkowe płatki zamykają się szczelnie, żeby nasion nie wyrzucić. A ta umiejętność czyni z nich najbardziej inteligentną ściółkę, która w okresach suszy rozkłada się, chroniąc glebę przed wysychaniem, a przy deszczach znacznie zmniejsza swoja objętość tak, by jak najwięcej wody mogło być przez roślinki zaabsorbowane.
Tylko wspomnę, że dodatkowo cudnie nawożą glebę podczas rozkładu i są świetnym nawozem pod lubiące kwaśność roślinki takie jak borówki czy magnolie.
Zatem WARTO i ja serdecznie polecam.
Ale wracając do tematu, bo robi nam się tu poradnik leśno-działkowy a nie wyrafinowany świat mody, stylu, szyku, klasy, glamour i olśniewających fotek mojego autorstwa :)
Pomimo, mam nadzieje chwilowego, wyrażanego bardzo czytelnie niezadowolenia z faktu taszczenia reklamówek z szyszkami (są składowane w kartonie a nie zgodnie z "widzimisię" właścicielki, na trawie - którą, tak na marginesie, ciekawe jak miałabym kosić przez następne dwa miesiące), nadal chodzę w plener.
Tak czy siak, obie wiemy że je wykorzysta więc przynajmniej mam nadal solidną przykrywkę na pstrykanie fotek i trochę spokoju.
Ale właśnie.... ten plener niekoniecznie jest taki cichy, spokojny i samotny.
Jak jeszcze mój pierwszy raz z Anją był relaksujący i odludny - sprzyjający zdjęciom, tak trzy pozostałe były często przerywane przez wścibiających wszędzie swój nos wieśniaków.
Dziś tak sobie myślę że Anja trafiła ze mną do lasu ostatniego wieczora tej wielkiej suszy. A te dwa przymiotniki gwarantowały spokój od grzybiarzy. Przecież żaden szanujący się zbieracz nie będzie lazł do lasu kiedy wszystko popalone przez słońce na wiór i nie o tej wieczorowej porze.
Trzeba też pamiętać że wioska to nie miasto z galeriami handlowymi gdzie dorastające podlotki mogą eksponować swoje większe lub mniejsze wdzięki. Tu trzeba ratować się tym co się ma, chociażby takim spacerem w najkrótszej spódniczce po lesie, bo ileż można się szwendać jednym jedynym chodnikiem, a poza tym kiedy uda się trafić na kogoś, zawsze to większa intymność zatem i większa możliwość na odrobinkę miłego szaleństwa. I tu znów panuje zasada że im później tym zimniej i więcej robactwa, więc mniej atrakcyjnie i dla szukających i szukanych.
No więc wzbudzam, zapewne niemałą sensację klęcząc w lesie z aparatem w ręku przed jakimś kolorowym czymś kładzionym to tu, to tam - choć Bóg mi świadkiem, staram się być dyskretna, nasłuchując wszelkich głosów, szeptów, trzasków obstawiawiąc się reklamówkami i będąc gotową w każdej chwili na ewakuację. Już i tak samo zbieranie szyszek i targanie ich do domu, dla niejednego jest dziwactwem.
Drugą szczęściarą miała być Ania - nie ta przez "J".
Był to początek tych deszczy a mi bardzo zależało na tym, żeby chociaż dwie dziewczyny były obfotografowane. Do lasu poleciałam w takiej konspiracji i pierwszej wolnej chwili, że na miejscu, gdy Ania była już ustawiona okazało się że nie wzięłam aparatu...
Chyba tylko ja tak mogę....
Coprawda miałam przy sobie telefon, ale na pierwszy rzut oka przy porównaniu zdjęć widać że to nie ta ilość pikseli. Pstryknęłam kilka fotek, z czego potem większość poszła jeszcze do kosza, Ania wróciła do plecaka a ja nazbierałam swoje przepisowe dwie reklamówki i obie rozczarowane wróciłyśmy do domu.
Podczas kolejnej leśno-szyszkowej wyprawy towarzyszyła nam też Daria, ale o niej następnym razem :P
Przyjemności, przynajmniej moim zdaniem należy dawkować :D :D :D
No i kocham Anię. Tak jak została zakupiona tylko ze względu na czerwona szminkę i czarne włosy, bo pozostałe panny jak przystało na B skąpane są w różach, tak jak jej pierwsza sesja zdecydowanie odstawała od pozostałej pięknej i fotogenicznej, jak mi się wtedy wydawało, trójki Barbie, tak każda kolejna kradnie coraz więcej mojego serca.
Kiedy oglądam jej delikatną i subtelną buźkę na zdjęciach aż trudno mi uwierzyć, że nie widziałam tego piękna taszcząc ją do kasy. Ania ma też najmniej pstrykanych zdjęć, bo każde ujęcie wydaje mi się piękne, podkreślające jej urodę i zakładam, że nie będzie tu wielu odpadów.
I w tym przypadku sukieneczka nie jest zapowiedzią kolekcji. Powstała dawno, dawno temu jako próba szycia ubranka z marszczeniami.
Dla zaostrzenia apetytu załączam kilka foteczek z Darią :)
Oczywiście jak przystało na gwiazdy dziewczyny i tym razem zrobiły sobie sweet focię.
Blog about Barbie dolls and her clothes, furnitures and accesories. Blog o lalkach Barbie i jej ubraniach, meblach i dodatkach
piątek, 8 sierpnia 2014
niedziela, 3 sierpnia 2014
Co ma wspólnego sukienka z paletami
Okres wakacyjno- urlopowy nie ominął również naszego domu a to bardzo niedobre dla mojego hobby. No nawet gdybym bardzo chciała nie mam kiedy i jak.
Mało że urlopy to na dodatek ktoś z domowników trochę rozwalił maszynę i spalił żarówkę, wiec nocne podszywanie zupełnie nie wchodzi w grę a i samo szycie stało się nieco problematyczne.
Czy cały świat chce mi udowodnić, ze moje zabawy to WIELKI błąd???
O nie, nie - przynajmniej jeszcze nie teraz. Nie bez powodu w domu muszę o wszystko walczyć, żeby tak łatwo porzucić my fashion world. Jeszcze się nie poddałam.
W międzyczasie, żeby nie być tak bezproduktywną, nie ukrywając, pod wpływem wizyty u koleżanki w jej skromnie i ascetycznie ale ze smakiem zaprojektowanej przez zawodową projektantkę zieleni przy domu postanowiłam zająć się swoimi nieokiełznanymi, porozrzucanym bez większej logiki, ładu i składu krzaczorami.
Tak, tak, zdaję sobie sprawę z tego, iż jest to obszar dla mnie dziewiczy i nieznany, ale co tam. Panele położyłam, ściany pomalowałam, jest szansa że i trochę zieleni uda mi się poprzesadzać.
Reorganizację rozpoczęłam oczywiście od internetu w poszukiwaniu inspiracji.
I ileż jej znalazłam !!!!!!! Niekoniecznie na temat, bo o przydomowych klombach znalazłam aż jedną stronę i to tylko z projektami gotowych niekonwencjonalnych w kształtach podwórek rysowanych kredką.
Bez przesady, ja chcę tylko uporządkować nasz gąszcz-nie gąszcz przed domem tak, żeby i trawę można było spokojnie skosić kosiarką i na haczce nie siedzieć co drugi dzień przy pieleniu, a nie kupować sadzonki za 1.840 złotych i wynajmować dwie ciężarówki żeby to przewieźć.
Klomby - klapa, za to zakochałam się w meblach (niekoniecznie ogrodowych) robionych z palet i drewnianych skrzynek
Nie wiem dlaczego :P , ale zakładam że wśród czytelniczek znajdują się posiadaczki nie tylko działek budowlanych, ale i mężów ze sprawnymi rączkami i zamiłowaniem do drewna, więc polecam ten temat bardzo serdecznie. Tanio, ekologicznie a i z klasą.
Taka klasą że postanowiłam..... no właśnie
:) stałam się posiadaczką 4 skrzynek i to w wersji mini.
Od razu chcę się usprawiedliwić że ten burdelik w tle to działanie zamierzone. Moje rękodzieło tak mi się spodobało, że w swojej nieobiektywności uznałam, iż na zdjęciach skrzynki mogą wyglądać jak prawdziwe więc dla udowodnienia mikro skali nakrętka od napoju i tubka farby.
Skrzynki zrobiłam bo zdecydowanie łatwiej wytłumaczyć kilka posklejanych małych wykałaczek, przygotowywanych w kompletnej ciszy niż tony ścinek, bucząca maszyna, powycinane mini rękawki i lalka leżąca do przymiarki.
Skrzyneczki więc są już gotowe, teraz tylko wykombinować jak je poskładać, poprzytwierdzać i stolik na sesyjki jak marzenie :) :) :) :)
Druga pozytywna rzecz jaka wyniknęła z siedzenia przed komputerem to mój wypad do lasu. Planowane wyłożenie klombów włókniną wymusza bądź zakup nie najtańszej kory (mój projekt zakładał bezgotówkową metamorfozę) bądź znalezienie jakiegoś bezkosztownego zamiennika o którym internet oczywiście milczy. Wiec Dex'a sobie myślała, myślała i wykombinowała, że przecież las jest pełen szyszeczek. Może nie jest to takie efektowne jak barwiona kora, szczególnie w drugim roku kiedy czernieje, ale po pierwsze mamy grafitowy dach, wiec pasuje, po drugie równie dobrze zatrzymuje wodę i ukrywa włókninę a po trzecie - jest ZA FREE.
Idea moja, niestety ,nie spotkała się z aprobatą.
Bo nie znam się na kwiatach.
Bo tylko rozkopię, porozrzucam i zostawię wszystko w cholerę a nikt nie ma zamiaru za mnie tyrać - o nie !!!!!!
Bo ostatecznie pomysł zebrania tego wszystkiego w większe (ładniejsze, bardziej reprezentacyjne) kupy nie jest taki zły, ale zostało postanowione, że znajdą się tam również kwiatki jednoroczne (takie które trzeba każdej jesieni wykopać a każdej wiosny wsadzić) co jakby z założenia wyklucza wyściełanie wszystkiego włókniną.
Moje chęci i zapał zostały skutecznie ugaszone i zdeptane, ale kompleksowo kombinujący mózg wymyślił sobie, że las i szyszeczki to cisza, spokój i intymność do małej sesyjki moich małych modelek.
I wczoraj pod pretekstem zebrania szyszek do balkonowych doniczek spakowałam Anję w plecaczek i wybrałyśmy się do lasu. Jak się okazuje trochę za późno, bo w lesie słońce zachodzi szybciej, ale i aparat był lekko rozładowany więc sesja była szybka.
Anja nie ma na sobie żadnej kolekcji, nie traktuję tego nawet jako zapowiedź czegoś większego. Została po porostu ubrana w jednorazową sukieneczkę uszytą na próbę układania się materiału bez pomysłu na ciąg dalszy.
Tym razem bez photo shop'a - matka natura jest piękniejsza :)
Miłego oglądania
I na koniec - zapomniana przy ostatnim poście słodka fotka
Ponieważ mania sweet foci ogarnęła juz prawie cały swiat nie oparły sie im nawet moje doolls :)
Mało że urlopy to na dodatek ktoś z domowników trochę rozwalił maszynę i spalił żarówkę, wiec nocne podszywanie zupełnie nie wchodzi w grę a i samo szycie stało się nieco problematyczne.
Czy cały świat chce mi udowodnić, ze moje zabawy to WIELKI błąd???
O nie, nie - przynajmniej jeszcze nie teraz. Nie bez powodu w domu muszę o wszystko walczyć, żeby tak łatwo porzucić my fashion world. Jeszcze się nie poddałam.
W międzyczasie, żeby nie być tak bezproduktywną, nie ukrywając, pod wpływem wizyty u koleżanki w jej skromnie i ascetycznie ale ze smakiem zaprojektowanej przez zawodową projektantkę zieleni przy domu postanowiłam zająć się swoimi nieokiełznanymi, porozrzucanym bez większej logiki, ładu i składu krzaczorami.
Tak, tak, zdaję sobie sprawę z tego, iż jest to obszar dla mnie dziewiczy i nieznany, ale co tam. Panele położyłam, ściany pomalowałam, jest szansa że i trochę zieleni uda mi się poprzesadzać.
Reorganizację rozpoczęłam oczywiście od internetu w poszukiwaniu inspiracji.
I ileż jej znalazłam !!!!!!! Niekoniecznie na temat, bo o przydomowych klombach znalazłam aż jedną stronę i to tylko z projektami gotowych niekonwencjonalnych w kształtach podwórek rysowanych kredką.
Bez przesady, ja chcę tylko uporządkować nasz gąszcz-nie gąszcz przed domem tak, żeby i trawę można było spokojnie skosić kosiarką i na haczce nie siedzieć co drugi dzień przy pieleniu, a nie kupować sadzonki za 1.840 złotych i wynajmować dwie ciężarówki żeby to przewieźć.
Klomby - klapa, za to zakochałam się w meblach (niekoniecznie ogrodowych) robionych z palet i drewnianych skrzynek
Nie wiem dlaczego :P , ale zakładam że wśród czytelniczek znajdują się posiadaczki nie tylko działek budowlanych, ale i mężów ze sprawnymi rączkami i zamiłowaniem do drewna, więc polecam ten temat bardzo serdecznie. Tanio, ekologicznie a i z klasą.
Taka klasą że postanowiłam..... no właśnie
:) stałam się posiadaczką 4 skrzynek i to w wersji mini.
Od razu chcę się usprawiedliwić że ten burdelik w tle to działanie zamierzone. Moje rękodzieło tak mi się spodobało, że w swojej nieobiektywności uznałam, iż na zdjęciach skrzynki mogą wyglądać jak prawdziwe więc dla udowodnienia mikro skali nakrętka od napoju i tubka farby.
Skrzynki zrobiłam bo zdecydowanie łatwiej wytłumaczyć kilka posklejanych małych wykałaczek, przygotowywanych w kompletnej ciszy niż tony ścinek, bucząca maszyna, powycinane mini rękawki i lalka leżąca do przymiarki.
Skrzyneczki więc są już gotowe, teraz tylko wykombinować jak je poskładać, poprzytwierdzać i stolik na sesyjki jak marzenie :) :) :) :)
Druga pozytywna rzecz jaka wyniknęła z siedzenia przed komputerem to mój wypad do lasu. Planowane wyłożenie klombów włókniną wymusza bądź zakup nie najtańszej kory (mój projekt zakładał bezgotówkową metamorfozę) bądź znalezienie jakiegoś bezkosztownego zamiennika o którym internet oczywiście milczy. Wiec Dex'a sobie myślała, myślała i wykombinowała, że przecież las jest pełen szyszeczek. Może nie jest to takie efektowne jak barwiona kora, szczególnie w drugim roku kiedy czernieje, ale po pierwsze mamy grafitowy dach, wiec pasuje, po drugie równie dobrze zatrzymuje wodę i ukrywa włókninę a po trzecie - jest ZA FREE.
Idea moja, niestety ,nie spotkała się z aprobatą.
Bo nie znam się na kwiatach.
Bo tylko rozkopię, porozrzucam i zostawię wszystko w cholerę a nikt nie ma zamiaru za mnie tyrać - o nie !!!!!!
Bo ostatecznie pomysł zebrania tego wszystkiego w większe (ładniejsze, bardziej reprezentacyjne) kupy nie jest taki zły, ale zostało postanowione, że znajdą się tam również kwiatki jednoroczne (takie które trzeba każdej jesieni wykopać a każdej wiosny wsadzić) co jakby z założenia wyklucza wyściełanie wszystkiego włókniną.
Moje chęci i zapał zostały skutecznie ugaszone i zdeptane, ale kompleksowo kombinujący mózg wymyślił sobie, że las i szyszeczki to cisza, spokój i intymność do małej sesyjki moich małych modelek.
I wczoraj pod pretekstem zebrania szyszek do balkonowych doniczek spakowałam Anję w plecaczek i wybrałyśmy się do lasu. Jak się okazuje trochę za późno, bo w lesie słońce zachodzi szybciej, ale i aparat był lekko rozładowany więc sesja była szybka.
Anja nie ma na sobie żadnej kolekcji, nie traktuję tego nawet jako zapowiedź czegoś większego. Została po porostu ubrana w jednorazową sukieneczkę uszytą na próbę układania się materiału bez pomysłu na ciąg dalszy.
Tym razem bez photo shop'a - matka natura jest piękniejsza :)
Miłego oglądania
I na koniec - zapomniana przy ostatnim poście słodka fotka
Ponieważ mania sweet foci ogarnęła juz prawie cały swiat nie oparły sie im nawet moje doolls :)
sobota, 5 lipca 2014
Magic of ribbon
Niniejszym mam niewątpliwą i nawet nieukrywaną przyjemność przedstawić pierwszą kolekcję z cyklu tasiemkowych wariacji !
Myslałam że będę z nią miała problemy nie tylko w fazie tworzenia projektów, ale przede wszystkim przerażało mnie wykonanie obrazków które rodziły się w mojej głowie.
Cóż, nieskromnie mogę powiedzieć, że efekt końcowy nawet mnie mile zaskoczył i jest lepszy od tego, czego się spodziewałam (co w przypadku mojej radosnej twórczości nie jest znów takie częste :) ).
Nie są to jeszcze ekstremalne wariacje - ale przecież to pierwsze podejscie gdzie i tasiemki musiały oswoić mnie, i ja oswoić swoje myśli, tudzież palce, z tym niecodziennym surowcem na garderobę.
Zapraszam więc do delektowania się oraz kontemplacji, wizualizacji mojego, jeszcze nieco zachowawczego szaleństwa z tasiemkami.
PS Moją zdecydowaną fawortką tych dwóch sesji zdjęciowych jest Summer.
W tych okolicznościach przyrody i otoczenia aparat pokochał ją z wzajemnością. Niezły pierwszy raz :)
PS2 W poprzednim poście zapomniałam wytłumaczyć się z mało różnorodnych zdjęć, co tłumaczy widoczne wariacje w photo shop'ie. Bardzo zależało mi na zrobieniu tej sesji całościowo dzisiaj, nawet z jednym "dorosłym" na karku, ryzykując dekonspirację ponieważ na następne 30 dni nie jestem w stanie nic zaplanować. Stąd i ilość zdjęć mocno ograniczona i jakość, powiedzmy delikatnie, nie z pierwszej półki, ale dogonił mnie zmierzch, a sprzęt bez porządnego naturalnego oświetlenia odmawia współpracy na zadawalającym poziomie.
Myslałam że będę z nią miała problemy nie tylko w fazie tworzenia projektów, ale przede wszystkim przerażało mnie wykonanie obrazków które rodziły się w mojej głowie.
Cóż, nieskromnie mogę powiedzieć, że efekt końcowy nawet mnie mile zaskoczył i jest lepszy od tego, czego się spodziewałam (co w przypadku mojej radosnej twórczości nie jest znów takie częste :) ).
Nie są to jeszcze ekstremalne wariacje - ale przecież to pierwsze podejscie gdzie i tasiemki musiały oswoić mnie, i ja oswoić swoje myśli, tudzież palce, z tym niecodziennym surowcem na garderobę.
Zapraszam więc do delektowania się oraz kontemplacji, wizualizacji mojego, jeszcze nieco zachowawczego szaleństwa z tasiemkami.
PS Moją zdecydowaną fawortką tych dwóch sesji zdjęciowych jest Summer.
W tych okolicznościach przyrody i otoczenia aparat pokochał ją z wzajemnością. Niezły pierwszy raz :)
PS2 W poprzednim poście zapomniałam wytłumaczyć się z mało różnorodnych zdjęć, co tłumaczy widoczne wariacje w photo shop'ie. Bardzo zależało mi na zrobieniu tej sesji całościowo dzisiaj, nawet z jednym "dorosłym" na karku, ryzykując dekonspirację ponieważ na następne 30 dni nie jestem w stanie nic zaplanować. Stąd i ilość zdjęć mocno ograniczona i jakość, powiedzmy delikatnie, nie z pierwszej półki, ale dogonił mnie zmierzch, a sprzęt bez porządnego naturalnego oświetlenia odmawia współpracy na zadawalającym poziomie.
Ladies and gentlemen !!!! Ribbon variations!!!
Labels:
Anja,
Daria,
kolekcja,
ribbon variations,
Summer,
tasiemkowe wariacje
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)



.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)


.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)